Dzień ósmy

Dzień ósmy

Dzień ósmy

Baza na wzgórzu 686 (trekking)

Nie ma chmur, więc nie wstaję na wschód. Długo śpimy, aż w namiocie robi się gorąco do słońca. Jesteśmy bowiem całkowicie odsłonięci, w pobliżu nie ma skrawka cienia. A wiatr gdzieś znikł w czeluściach okolicznych gór.

Dzień rozpoczynamy od zejścia w dół, do jeziorek, po wodę. Oczywiście korzystam z okazji i kąpię się od stóp do głowy. Jakie miłe uczucie :-). Na miejscu jemy również śniadanie, piszę relację. Ogólnie bardzo leniwie spędzamy ten dzień. To dzień odpoczynku 🙂 więc nie ma żadnego większego wysiłku. Na obiad znowu ok. 700 kalorii. Mój żołądek już się przyzwyczaił i nie jestem już głodny. Organizm zaczął spalać tłuszcz i spodnie już powoli zaczynają na mnie wisieć. Jestem ciekawy, z jakim dorobkiem kilogramowym wrócę do Polski.

Na zachód wychodzimy na pobliskie wzgórze – jakieś 150 metrów nad naszą bazą. Idzie się jak po grudzie – nie ma żadnej ścieżki, a często jest czysta skała, która często kończy się pionową ścianą. Ale wreszcie osiągamy szczyt. Widoki są jeszcze lepsze – otwiera się bowiem druga strona półwyspu i widać stąd odległe, ostre szczyty i granie. Chciałoby się wejść jeszcze wyżej, ale w pobliżu niczego wyższego nie ma. Robię trochę zdjęć. Światło jest ciepłe i koloryzuje wszędobylskie kamienie. Chmury przybierają różowy kolor. Szkoda tylko, że są nie w tym miejscu, w którym być powinny. Ale trudno. Na szczycie możemy odetchnąć od muszek i komarów – tu ich nie ma. No ale w końcu to prawie północ, więc powinny już spać. Jest zimno. Jestem ubrany we wszystko co mam, ale i tak czasami czuję chłód. Od morza ciągną niskie chmury, które przewalają się przez granie i wszystko wypełniają mlekiem. Ich postęp jest naprawdę szybki. O wschodzie możemy być zatem nad chmurami, co zapowiadałoby nieziemski spektakl. Postanawiamy zatem wstać na wschód. Tym razem Adam ma nas obudzić.

Dzień siódmy

Dzień siódmy

Dzień siódmy

Wodospad – wzgórze 686 (trekking)

Wschód znowu nie okazał się wart wczesnego wstawania. Idziemy zatem jeszcze spać. Dzisiaj czeka nas długie podejście na wzgórze 686, gdzie chcemy rozbić namiot. W ten sposób wejdziemy mocno w górę i cały fiord będzie u naszych stóp.

Zaczynamy.

Samo podejście jest długie i męczące. Bez żadnego szlaku, często bez ścieżki, trzeba samemu wybierać drogę. Dodatkowo trzeba oszczędzać wodę, bo nie wiadomo jak będzie z jej dostępnością później. A pić chce mi się ciągle. Plecak mocno mi ciąży. W 1/3 drogi jest strumień, który normalnie powinien być rzeką. Łatwo to sobie wyobrazić, gdyż koryto jest szerokie na ok.20 metrów, a brzegi wznoszą się ostro do góry. Gdyby padało, nie mielibyśmy szans przejść tego strumienia. Ciężko się idzie bo wszędzie głazowiska. Niektóre kamienie są naprawdę olbrzymie i aż się dziwię, że woda jest w stanie je unieść. W strumieniu oczywiście napełniam swój bukłak i cieszę się ze świeżej, czystej wody. W smaku jest doprawdy wspaniała.

Po przekroczeniu strumienia droga zaczyna się ostro wznosić do góry. Pojawia się piach i piargi. Ziemia osuwa się spod stóp, więc dwa kroki w przód, to jeden krok w tył. Adam jest niżej i widzę, że też mu jest ciężko. Gdyby nie ciężar plecaków, to podejście nie byłoby tak męczące. Z nawiązką wysiłek rekompensują jednak widoki. Obok nas wznoszą się potężne szczyty południowej Grenlandii – nagie wierzchołki Nakkaalaaq (1207) oraz Iimmaasaq (1390). Na jednym z nich widać trochę śniegu. Pomiędzy nimi, znacznie wyżej niż teraz jesteśmy, prowadzi nieoznakowany szlak. Początkowo, na etapie planowania wyprawy, chciałem właśnie pójść tym szlakiem, ale po analizie na Gogle Earth uznałem, że może to być zbyt ciążka i wymagająca droga. Niekoniecznie z naszymi plecakami. I wybrałem inny wariant. Teraz wiem, że zrobiłem dobrze, to tam byśmy umierali w każdej minucie.

Trochę się chmurzy i obawiam się, że zaraz spadnie deszcz. Chmury ciemnieją nad wierzchołkami gór, a w dole fiord i nieliczne góry lodowe są nadal oświetlone słońcem. Docieram wysoko, zapewne na 2/3 naszej dzisiejszej drogi (w pionie) i postanawiam zaczekać na Adama. Czas mi się nie dłuży – robię zdjęcia zarówno cyfrowe jak i analogowe. Dzisiaj moja kolej na Nikona – przeklinałem go na czym świat stoi, bo jego ciężar wcale nie pomagał w podejściu. Ale cóż było robić. Adam pojawia się po ok. 1h. Już chciałem trochę zejść na lekko i zobaczyć gdzie jest, bo zacząłem się niepokoić. Z miejsca, w którym stałem nie było bowiem widać całej dolnej części drogi. Odpoczęliśmy trochę razem i znów zacząłem podejście. Wybrałem nieco inną drogę – wydawałoby się, że lżejszą. Graniom nie było jednak końca. Za każdym razem myślałem, że to już, że koniec, ale za granią ukazywała się kolejna. Tak szło się ok. godziny. Wreszcie wszedłem do parowu. Po lewej stronie, pode mną, rozciągał się przepiękny widok na fiord i czerwone pasmo Redekammen (Killavaat). W oddali w słońcu mieni się lądolód. Po prawej wznosił się wierzchołek kolejnego wzgórza. Widoki zapierały dech w piersiach. Rzuciłem plecak i poszedłem poszukać jeziorka, które gdzieś tutaj miało być. Niestety było wyschnięte. Znalazłem za to dwa większe jeziora położone ok. 20 minut w dół. Czyli dostęp do wody był.

Poczekałem na Adama i postanowiliśmy rozbić tutaj namiot. Byliśmy zbyt zmęczeni, aby pójść po wodę, więc zostaliśmy z tym co było w bukłakach. A było tego niewiele – starczyło jedynie na posiłek, ale do picia nie było już nic. Marzę o zimnym Tuborgu. Ciągle mówimy o jedzeniu i co byśmy zjedli albo co lubimy. Ot, takie umartwianie się bo w plecaku tylko lifoliozaty :-).

Zachód nie porywa – znowu brakuje trochę chmur na niebie. Ale nie jest tak źle i coś tam udaje mi się zrobić.

W nocy znowu mi zimno. Już tradycyjnie. Lekko wieje na dodatek, ale przynajmniej nie ma aż tyle muszek. Są za to komary. Z tymi muszkami to dziwna sprawa. Początkowo nie było ich wcale. A czytałem szereg relacji z Arktyki przygotowując się do wyjazdu i wiedziałem, że muszki to jedna z najmniej miłych rzeczy w Arktyce. Potrafią zjeść cię żywcem. Wciskają się do oczu, nosa i uszu. Spraye nie pomagają na dłuższą chwilę. Poza tym musiałbym ich nieść ze 100 litrów na taką wyprawę. Pozostają jedynie siatki na głowę / kapelusz. Ale fajnie się w tym nie wygląda. Jedzenie też nie jest miłe. W każdym razie, początkowo ich nie było i już myślałem, że te opowieści to jakieś wyssane z palca były. Ale muszki się tylko przyczaiły, ponieważ zaatakowały nas z furią kilka dni temu. Były wszędzie. Niejednokrotnie zastanawialiśmy się z Adamem, czym one się tu żywią, skoro nie ma ludzi i zwierząt. To samo dotyczyło komarów. Tej zagadki nie udało nam się jednak rozwiązać. W każdym razie, bardzo utrudniają nam tutaj życie. Padają ich setki, jeśli nie tysiące, od naszych rąk, ale na ich miejsce ciągle przybywają nowe.

Dzień szósty

Dzień szósty

Dzień szósty

Ipiutaq – wodospad (trekking)

Wstajemy na wschód – ale fajerwerków nie ma. Brakuje ewidentnie chmur, które urozmaiciłyby przestrzeń wokół nas. Kładziemy się w związku z tym jeszcze do łóżka i ostatecznie opuszczamy nasz obóz dopiero o 11. Późno, jak na dzisiejszy dzień. Chcemy dzisiaj dotrzeć do podnóża wzgórza 686, na które będziemy się wspinać jutro. W sumie jest do przejścia trochę kilometrów – najgorzej, że mapa pokazuje dwie duże delty rzek i mnóstwo mokradeł. Nadzieja w zimowej suszy.

Droga nie jest łatwa – ciągle trzeba przedzierać się przez zarośla uważając na dziury. Na szczęście większość mokradeł jest sucha. Ale nie wyobrażam sobie tego odcinka jak pada deszcz lub zimą spadnie śnieg. Można tu utonąć w wodzie. Wreszcie dochodzimy do jeziora, które się ciągnie w kierunku fiordu. Zaczyna ostro wiać. Idzie się lepiej bo skończyła się woda, ale ścieżka jest bardzo koślawa. Często jej nie ma wcale i człowiek może się zgubić. Adam jest gdzieś na widnokręgu. Zatrzymuję się od czasu do czasu i robię zdjęcia, ale nie znalazłem na razie nic, co by mnie urzekło.

Ścieżka idzie wzdłuż jeziora. Na końcu znajduję … przenośną toaletę i tysiące muszli po małżach. Widać, że miejsce to cieszy się dużą popularnością wśród lokalnych Grenlandczyków.

Czekam tutaj na Adama delektując się pięknymi widokami. Jezioro, wzdłuż którego idziemy, łączy się niemrawo z wodami fiordu. Wokół wznoszą się bardzo wysokie – na 700 metrów – prawie pionowe ściany, które zamykają jezioro po dłuższych bokach. Wiatr musi tutaj czasami nieźle hulać, gdyż może się rozpędzać wzdłuż jeziora. Na szczęście dzisiaj wieje z umiarkowaną mocą.

Przed nami prezentuje się piękny wodospad, który spada z pobliskiego szczytu. A w zasadzie szereg wodospadów. Od spotkania z Adamem, po kilku minutach docieram do podnóża wodospadów – jest bajecznie. Woda mieni się różnymi kolorami, jest szereg malutkich kaskad. Do tego woda ma cudowny smak. Bardzo mi się podoba. Szum płynącej wszędzie wody bardzo uspokaja i tworzy magiczną atmosferę. Aż nie chce się nigdzie iść. Oglądam to miejsce pod kątem fotograficznym i już wiem, że natura może nam zafundować spektakl. Jeśli bowiem ściana naprzeciwko wodospadu zostanie oświetlona zachodzącym słońcem, to woda w wodospadzie przybierze kolory odbitej ściany. Czyli będzie co najmniej żółta, złota lub czerwona.

Szukam zatem miejsca na namiot i znajduje nieco nad wodospadem, z pięknym widokiem na sam wodospad i ściany wokół nas. Adam zgadza się zostać. Rozbijamy czym prędzej namiot i delektujemy się widokami. Czas również na jedzenie i coś do picia. Wychylamy po odrobienie Famous Gouse kupionej na lotnisku w Kopenhadze. Rozmawiam z moją Żoną, która próbuje mnie wkręcić, że wybory prezydenckie w Polsce wygrał Jarek Kaczyński. Na szczęście znam te numery i ten nie przechodzi :-).

Po kilku godzinach zaczyna się spektakl, który przewidywałem. Góra naprzeciwko wodospadu zostaje oświetlona ciepłym żółtym światłem, które odbija się w wodach wodospadu. A ten przybiera oczywiście ten kolor. Warunki są magiczne, więc słychać tylko trzask podnoszonych luster w aparatach. Niedaleko łagodnie dryfują góry lodowe. Sceneria jest … trudno to opisać.

Po zachodzie poszliśmy jeszcze na krótki spacer wzdłuż wybrzeża. Na brzegu znajdujemy lód z gór lodowych – jest bardzo czysty i wygląda na bardzo stary. Łatwo się odłamuje i wyśmienicie smakuje. Na plażach jest bardzo dużo muszli małż. Nic tylko jeść. Brakuje jednak wina i cytryny. Przypominam sobie, że ludzie z Blue Ice Cafe mówili mi, że to miejsce znakomicie nadaje się do łowienia ryb. To tłumaczy znalezione na skałach sieci rybackie.

Dzień piąty

Dzień piąty

Dzień piąty

Inneruulalik – Ipiutaq (trekking)

Z naszych porannych planów nic niestety nie wyszło – zegarek Adama chyba nie zadzwonił. W każdym razie ja go nie słyszałem. Jako jednak, że mój syn notorycznie budzi mnie od prawie 16 miesięcy co rano, to wstaję niejako samoczynnie. Wypełzam zatem z namiotu. Dzień zapowiada się ładnie. Słońce świeci, na niebie trochę chmurek, które gdzieś tam już uciekają. Jako, że jest wcześnie, to postanawiam się cały wykąpać w pobliskim jeziorku. Woda aż taka zimna nie jest – idzie się przyzwyczaić. A czuję się bosko i takie poczucie pozostaje na cały dzień.

Po śniadaniu schodzimy do farmy. Postanawiamy zapytać się o jakiś transport do Sisimiut. Jeszcze się plecaków nanosimy. Adam zgłasza się na ochotnika i rusza na farmę. Farma to mocne słowo – jest tu kilka budynków, widać jakiś dom gościnny i kilka niewielkich pól. Zwierzyny niewiele. Jest jednak w miarę płasko, a mała zatoczka jest osłonięta od wiatru.

Podczas gdy Adam buszował po farmie szukając właścicieli, mnie nawiedza turystka. Dunka, jak się okazuje, która mieszka na farmie i która przyjechała tutaj podglądać ptaki. Bierze mnie za kolegę po fachu, gdyż w rękach trzymam swoją Sigmę. Rozmawiamy przez chwilę. Okazuje się, że jest tutaj bardzo dużo ptaków i to nie tylko tych, które do tej pory widziałem (faktem też jest, że nie są zbyt płochliwe i można je podejść naprawdę blisko, albo same przylatują).

Wreszcie, po kilkunastu minutach wraca Adam. Załatwił nam transport łodzią do Sisimiut! Super, to pozwoli nam nadrobić nieco stracony czas i uniknąć 6-7 godzin na mozolnej drodze dla traktorów. Cena to 200 DKK, ale to się da przełknąć. Idziemy zatem z naszymi plecakami do zatoczki, gdzie czeka na nas już kobieta, która nas zawiezie. Łódka jest naprawdę mała. Jakoś się pakujemy i ruszamy. Fale wcale nie są takie małe, wieje niemiłosiernie, a my prujemy przez fiord. Czasami mijamy jakąś małą górę lodową. Staram się rozmawiać z naszym „kapitanem” choć hałas to trochę uniemożliwia. Wychodzi na to, że zima w zeszłym roku była bardzo cucha – tzn. bez śniegu. Nie było także mrozu i fiord nie zamarzł. Dlatego też w górach jest teraz bardzo sucho. Po ok. 15 minutach docieramy do farmy Sisimiut. Oczywiście nie ma tu żadnego pomostu – przybijamy wprost do skały. Jeszcze pożegnalne „bye, bye” i zostajemy sami. Nasz „kapitan” prosi jedynie o 100 DKK na paliwo. To bardzo miło z jej strony. Na odchodnym pokazuje nam naszą drogę – niewidoczna ścieżka prowadzi prawie pionowo w górę, wspina się na pobliską 750 metrową górę, po czym niknie gdzieś w oddali. Zapowiada się naprawdę ciężko. Na odchodnym dorzuca, że najlepiej będzie jak zapytamy się na farmie – może nas podrzucą i przerzucą łodzią za tą górę, bo to naprawdę ciężka droga, szczególnie z tymi plecakami. Postanawiamy spróbować – co nam szkodzi.

Podchodzimy do domku stojącego nieco dalej. Wokół biegają psy. Na wszelki wypadek ściągam statyw i trzymam w ręce. Do psów nic nie mam, ale nigdy nie wiadomo co taki zdecyduje. Wolę się zabezpieczyć. Robimy trochę hałasu, aby uprzedzić właścicieli i nie dostać kuli w brzuch. Niedźwiedzie się tutaj raczej nie zapuszczają, ale nigdy nie wiadomo. W domu zastajemy gospodynie – starszą Inuitkę. Nie zna angielskiego (a my grenlandzkiego), ale jakoś idzie nam się porozumieć. Ostatecznie jednak Pani dzwoni do swojego męża, który przekazuje telefon córkę znającej angielski. Dogadujemy się raz dwa -za 400 DKK zostaniemy kawałek podwiezieni – na farmę Ipiutaq. Takie rozwiązanie zaoszczędzi nam małej wspinaczki (choć niejedna będzie przed nami). Czuję, że trochę sam siebie oszukuję, bo ten trekking miał być rzezią niewiniątek. Ale… trudno, rzeź będzie za dwa dni :-).

Łódź ma przypłynąć za ok. godzinę, więc mamy trochę czasu. Adam jakimś cudem wprasza nas na kawę za 5 DKK. Siadamy zatem z Inuitką przy kawie z termosu w jej salonie i staramy się rozmawiać. Oczywiście – rozmawiamy o dzieciach. Ja wyciągam swoje zdjęcia, ona swoje i tak sobie gaworzymy oglądając jednocześnie salon w którym siedzimy. Trochę zdjęć rodzinnych, olbrzymia plazma i niesamowity widok na drugą stronę fiordu. To składa się na nasz widok.

Kawę skończyliśmy, podziękowaliśmy za gościnę i ruszamy na zewnątrz. Idę zobaczyć, czy widać już łódź – i prawie po chwili wyłania się zza skał. Witam się z rodziną Inuitki i biegnę po Adama – facet na łodzi się niecierpliwi. Ładujemy swoje plecaki i biegniemy do łodzi. Po drodze cena rośnie do 450 DKK bo czas oczekiwania był dłuższy niż zakładano. Ech … Pakuję się do łodzi, Adam za mną – jeszcze nie zdążył dobrze stanąć, a łódź rusza pędem do przodu. Adam leci do tyłu – mało brakowało, a wpadły do wody. Udało się go jednak zatrzymać. Za prowadzącego mamy zatem kowboja :-). Idziemy jak ślizgacz. Pomimo wiatru, zimna i innych niedogodności zostaję na zewnątrz i próbuję trochę filmować Nikonem. Rzuca mną po całym tyle łodzi, ale się nie daje. Jakoś udaje mi się utrzymać aparat choć o nie ma mowy o płynnym prowadzeniu. Po drodze mijamy pionowe ściany spadające do fiordu. Przepływamy też często z dużą szybkością koło gór lodowych – większych i mniejszych. Moim zdaniem – o wiele za blisko. Ale na szczęście natura jest dla nas łaskawa.

Po 20 minutach docieramy na farmę. Krótkie pożegnanie i znowu zostajemy sami. W oddali widać budynek mieszkalny, ale wokół nikogo. Wyciągam mapę i wydaje się, że trzeba iść prosto przed siebie. Widać zresztą jakąś bramkę. Ruszamy. Zza zakrętu wyłania się człowiek – Inuita, a za nim jego Żona z małym dzieckiem. Oczywiście nawiązuje się rozmowa. Okazuje się, że przeprowadzili się tutaj rok temu i mają również w planie rozwój agroturystyki. Praca na takiej farmie musi być ciężka, szczególnie dla rodziny z małym dzieckiem. Przyznam, że sobie tego nie wyobrażam. Do najbliższej osady jest z 1 – 1,5h łodzią. To dosyć daleko.

Pytamy się o drogę i po chwili ruszamy dalej. Mamy już na dzisiaj dosyć wrażeń, więc chcemy w pobliżu znaleźć jakieś małe jeziorko i rozbić namiot. Jutro będzie nas bowiem czekał bardzo ciężki dzień. Już po 20 minutach mozolnego marszu po skałach i trawach znajdujemy małe jeziorko – staw z niewielką platformą i pięknym widokiem. Namiot rozbijamy na platformie. Jest tu naprawdę bardzo pięknie.

Woda jest tak ciepła (na tutejsze standardy), że znowu biorę kąpiel :-). Robię też pranie korzystając z jakiegoś biodegradacyjnego mydła. Słońce oczywiście świeci, wiatr też trochę wieje, więc wszystko niedługo się wysuszy. Do zachodu jest jeszcze sporo czasu, więc kładę się spać – w cieple ogrzanego namiotu to całkiem przyjemna sprawa.

Wieczorem oczywiście zachód. Wspinamy się na okoliczne wzgórza, skąd roztacza się wspaniały widok na granie Redekammen (Killavaat) oraz na szczyt Illerifissalik. Ściany goreją w czerwonym zachodzącym słońcu i jest super. Szkoda tylko, że w najlepszym kierunku jest trochę wzgórz zasłaniających widok. No i wiatr jest bardzo silny – trzęsie statywem na wszystkie strony.

Dzień czwarty

Dzień czwarty

Dzień czwarty

Lodowiec Kuussuup – Narsarsuaq – Qassiarsuk (trekking)

Wstaje na wschód Słońca, ale niestety niebo jest całkowicie przykryte chmurami. Oddaje się zatem w objęcia Morfeusza. Budzę się o 6-tej i wszystko wokół jest spowite mgłą, przez które przedziera się Słońce. Niecenzuralne słowa cisną się na moje usta – trzeba było nie spać. Ale i tak, w tym w czym spałem łapię sprzęt i robię zdjęcia. Pomimo wysokiego Słońca, mgła zapewnia bardzo fajne warunki fotograficzne.

Dzisiaj ruszamy na tzw. właściwą część trekkingu czyli do odległego Narsaq. Stąd też po zakończeniu zdjęć zabieramy się do pakowania. A później do śniadania :-). To wszystko zajmuje nam 1,5h i będzie towarzyszyło nam przez cały prawie czas wyprawy. W moim brzuch ląduje japońska zupka – coś ciepłego z rana jest jednak nie do przecenienia.

Przed nami zejście po ścianie z linami i ciężkimi plecakami. Trochę się tego obawiam, bo spaść można bardzo łatwo, wszędzie osuwają się kamienie. No wesoło nie jest. Na szczęście nie padało – inaczej to wszystko byłoby strasznie śliskie i gwarantowało połamanie nóg (co najmniej). Po 45 min zejścia jestem na dole – z powrotem w krainie kwiatów. Znowu widzę czoło lodowca w oddali. Na niebie słońce niemiłosiernie „praży” i nawet gorąco się zaczyna robić.

W Dolnie Kwiatów gubię oczywiście drogę i przedzieram się przez jakieś chaszcze. Wreszcie docieram do Hospital Valley gdzie czekam na Adama. Udaje mi się też namówić kierowcę busika, który przywiózł turystów, aby nas podwiózł. Niestety chce pieniędzy. Jesteśmy na straconej pozycji (brak innych busów) a nie chce nam się iść kolejnych 3 km asfaltem, więc po lekkim obniżeniu ceny ładujemy się do busa i po chwili jesteśmy już Blue Ice Cafe. Wychylamy po piwku i zaczynamy przygotowania do trekkingu. Trzeba wszystko przepakować, część rzeczy zostawiamy w depozycie Blue Ice Explorer – dostarczą nam je w Narsaq. Nadal trwa walka z ciężarem plecaka, więc jeszcze trochę rzeczy zostaje z niego wyrzuconych. Bukujemy naszą łódź na drugą stronę fiordu do Qassiarsuk – wypływamy o 14.00, więc mamy jeszcze trochę czasu wolnego.

Blue Ice Cafe nie przypomina tej samej kawiarni co kilka dni temu. Jest cicho i i spokojnie, nie ma żadnych turystów (samolot z Narsarsuaq przylatuje tylko dwa razy w tygodniu), więc jest trochę czasu na rozmowy i kontemplację dzieł lokalnych artystów. Ceny są jednak okrutne i decyduję, że zakupy zrobię w Nuuk, gdzie powinno być taniej.

Jako, że mamy trochę czasu, to do portu idziemy piechotą – mogą nas podrzucić, ale za 25 DKK, co jest dla nas nie do przyjęcia, tym bardziej, że przed chwilą kupiliśmy u nich bilety na łódź na drugą stronę fiordu. Kasują tu za wszystko, dosłownie. Mijamy kilka budynków i olbrzymie zbiorniki na paliwo (chyba). Po kilkunastu minutach docieramy do portu, gdzie obserwujemy z bliska naszą pierwszą górę lodową. Nie jest olbrzymia, ale i tak robi na mnie wrażenie. Fotografujemy również kobiety łowiące w porcie ryby. Po pewnym czasie przybywa kapitan naszej łodzi i ruszamy w kilkunastominutowy rejs. Jesteśmy jedynymi pasażerami łodzi – nie licząc wiezionych mebli. Z zakupami musi to by straszny problem – w zasadzie wszystko wymaga sprowadzenia zza granicy, co niewątpliwie winduje mocno cenę.

Wody fiordu są spokojne i prawie wcale nie kiwa. Zagłębiam się w fotograficzne detale naszej łodzi, która jest całkiem ładna – taki drewniany kuter. Wkrótce lądujemy w Qassiarsuk, gdzie zaczynamy prawdziwy trekking do Narsaq. Jeszcze ostatnie zakupy w lokalnym sklepie (który nota bene okazuje się znacznie tańszy niż Blue Ice Cafe i ma całkiem spory wybór zarówno jedzenia jak i innych potrzebnych rzeczy), zdjęcie z przygodnie poznanym Inuitą (chwiejącym się na nogach) i w drogę. Chcemy dzisiaj dojść do farmy Sisimiut – to jest ok. 14 km. Wydaje się nie tak daleko, aczkolwiek droga ma się wić wśród wzgórz.

Sama wioska Qassiarsuk wygląda jak po bombardowaniu. Wszędzie porozrzucane różne przedmioty, nikt tego nie sprząta. Są za to kolorowe domki i one nieco ratują wygląd miasteczka. Kolory pobudzają, a w zimie niewątpliwie pięknie komponują się na śniegu. Wszyscy nas pozdrawiają. Zagaduję przez chwilę z lokalnym Inuitą, który z reklamówką pełną małych butelek po Tuborgu zmierza chwiejnym (a jakże) krokiem do sklepu. Takich ludzi napotkamy tutaj więcej.

Ruszamy w drogę. Dzisiaj droga wije się po trakcie dla traktorów, który łączy wioskę z kilkoma rozrzuconymi farmami. Stąd też czerwony kolor tej drogi. Mocno kontrastuje z zielenią otaczających nas wzgórz. Oczywiście jest ciągle albo pod górkę albo z górki. Wszędzie mnóstwo małych i większych jeziorek. Od czasu do czasu towarzyszą nam owce – idziemy bowiem przez najbardziej rolnicze tereny Grenlandii. Jest naprawdę ślicznie. Krajobraz jest podobny do wzgórz Irlandii.

Droga się jednak znacznie dłuży. Ciężar plecaków robi swoje, czas zabiera również robienie zdjęć. Już po dwóch godzinach drogi wiem, że dzisiaj nie dojdziemy do Sisimiut. Postanawiamy iść w pobliże farmy Inneruulalik i tam rozbić obóz w jakimś miłym zakątku. Na następny dzień zdecydujemy co dalej robić.

Ostatecznie około 20 wieczorem postanawiamy rozbić obóz niedaleko wskazanej farmy. Znajdujemy prześliczne miejsce nad małym jeziorkiem z pięknym widokiem na nieodległy fiord i góry. Rozstawiamy namiot (idzie nam coraz sprawniej) i pałaszujemy nasze skromne racje żywnościowe. Słońce wychyla zza chmur i zaczyna się spektakl światła i cienia. Eksperymentuje z długimi czasami. Jestem naprawdę zadowolony.

Kładziemy się spać, bo chcemy wstać na nieodległy wschód. Zasypianie w takim miejscu jest naprawdę przyjemne. Chwila i człowiek całkowicie odpada i już śni. Nie dochodzą żadne hałasy cywilizacji, nawet przysłowiowy kur nie zapieje. Można rzeczywiście odpocząć.