Dzień dwunasty

Dzień dwunasty

Dzień dwunasty

Quaqortoq – Nanortalik – Fiord Tasermiut (Zodiak)

Nastawiliśmy wszystkie zegarki i komórkę na 4.00. Budzimy się więc od razu. Nie ma mowy o podsypianiu bo nam ucieknie helikopter. Jestem cały zziębnięty. Ta noc dała mi sięwe znaki. Namiot jest cały mokry od porannej rosy. Całe miasto nadal pokrywa bardzo gęsta mgła. Czy my w takiej pogodzie gdziekolwiek wylecimy helikopterem?

Pakujemy się w ciszy, składamy namiot i ruszamy na dół, do heliportu. Jest z górki, więc da się iść z taką ilością bagażu.

Na heliporcie jesteśmy przed 5 rano, ale jest już otwarty. Oczywiście jesteśmy pierwszymi podróżnymi. Odprawiamy się. Mamy nadbagaż, ale wczesna pora i uśmiech robią swoje – nie płacimy ani cena. Po odprawie nie ma już żadnych security check, itp. Po prostu wołają do helikoptera. To mi się podoba, tym bardziej, że

Tuż po naszej odprawie do terminala wpada grupa Czechów – na okół 30-40 latków. Śmierdzą tak, że nie można wytrzymać. Stanie koło nich to udręka. Nie da się po prostu wytrzymać. Niektórzy z nich wyglądają jakby żywcem zostali przeniesieni z lat 70-tych z górskich szlaków. Flanelowa koszula, spodnie jens. Jeden z nich jest tak chudy, że obawiam się, że plecak może go przewrócić. Zrobili trek z Igaliku do Quaqortoq, czyli szli równolegle do nas, tylko, że drugim półwyspem.

Przychodzi coraz więcej ludzi. Sikorski mieści 16 osób, ale będzie wypełniony tylko w połowie, bo dużo osób towarzyszy podróżnym. Pojawiają się dwie młode Grenlandki – na ok. ok 16 – 18. lat. Wręcz podrywają Czechów i jak na Inuitów, są bardzo głośne Bardzo to ciekawie wygląda :-).

Zbliża się godzina wylotu Urocza Dunka z AirGreenland informuje nas jednak, że lot będzie opóźniony z ok. 20 minut. Nad miasteczkiem ciągle wisi gęsta mgła stąd obawiam się, czy w ogóle wystartujemy. Nagle słychać warkot wirników i z mgły, niczym smok na miasto, spada helikopter Sikorski w barwach AirGreenland. Robi to niesamowite wrażenie. Pomimo swojej masy i prędkości z gracją dotyka ziemi. Obsługa szybko przystępuje do rozładowania luku bagażowego. Wszystko odbywa się ręcznie. Po kilku minutach od lądowania zostajemy wypuszczeni do helikoptera. Siadam po lewej stronie gwarantującej widok na wybrzeże południowej Grenlandii. Miejsca jest całkiem sporo. Jednocześnie mogę widzieć pilotów i wykonywane przez nich manewry.

Helikopter jest już załadowany i gotowy do startu. Piloci przełączają dziesiątki włączników, wirnik powoli zaczyna się kręcić i nagle huk – odrywamy się od ziemi i zaczynamy szybko się wznosić. Nie jest to mój pierwszy lot helikopterem, ale i tak jestem pod wrażeniem – nigdy nie leciałem takim olbrzymem. Helioport jest położony na klifie, więc od razu jesteśmy nad morzem. Szybko się wznosimy, Opatula nas mleczna mgła, która po chwili zaczyna rzednąć. Do kabiny wdzierają się pierwsze promienia porannego słońca i po chwili wyskakujemy znad mgły. Przed nami rozciąga się niesamowity widok na szczyty Południowej Grenlandii. Robię zdjęcia. Podczas lotu okazuje się jednak, że od samego początku pobytu na Grenlandii zamiast pomiaru matrycowego w aparacie, miałem włączony centralno-ważony. Szl… by to trafił. Nie jest to mój ulubiony sposób pomiaru. Na szczęście dużo robiłem na moim ulubionym spocie. Obawiam się jednak, czy większość zdjęć na centralno-ważonym nie będzie do wyrzucenia (okaże się że nie :-). Podczas pierwszego dnia na Grenlandii spanikowałem chyba ustawiając ustawienia aparatu i nie mogłem sobie przypomnieć jaka ikonka jest odpowiedzialna za co. I nie pamiętałem, że w aparacie mam instrukcję obsługi ;-).

Lot trwa ok. 40 minut. Do Nanortalik zbliżamy się we mgle pomiędzy szczytami gór i górami lodowymi. Bajka. Pomimo mgły udaje nam się wylądować.

Wychodząc z helikoptera zaczepia nas dwójka Norwegów pytając, czy jesteśmy z Polski i czy przyjechaliśmy na zdjęcia. Nie wiedziałem, że informacja o naszym przybyciu poprzedza nas samych :-). Jak się później okazało, Norwegowie, wspierani logistycznie przez Nielsa – właściciela biura turystycznego w Nanortalik, zajmowali się base jump z okolicznych szczytów.

Po chwili wychodzi po nas Niels – bardzo sympatyczny Duńczyk – pomimo wczesnej pory (jest trochę po 6 rano). Czekamy jeszcze chwilę na nasze bagaże (które oczywiście sami musimy sobie wyciągać z wózka rozładunkowego 🙂 i Niels zawozi nas do swojego małego schroniska, które prowadzi w Nanortalik. Mamy się rozpakować, zrobić sobie kawę i jak będziemy gotowi to dać znać – a wówczas zaczniemy kolejny etap naszej przygody. Wszystko za free. Jakże odmienne podejście w porównaniu do IceBlue Cafe.

Schronisko jest malutki, leży nad brzegiem morza – widać niedalekie góry lodowe. Ciągle jednak wisi mgła, przez którą przebijają się promienie słońca. Światło dzięki temu jest magiczne. Szybko się zatem przepakowujemy i ruszamy do miasteczka po drodze robiąc zdjęcia. Zahaczamy o piekarnię, gdzie jemy śniadanie – słodka bułka. Spotykamy ponownie Nielsa i umawiamy się na 11.30 na odbiór łodzi. W markecie kupujemy trochę jedzenia – dużego wyboru niestety nie ma – i wracamy do schroniska zrobić sobie śniadanie. Zajadamy z przyjemnością. Przez kolejne kilka dni znowu bowiem będziemy żyć na lifoliozatach.

Wreszcie jesteśmy gotowi. Pojawia się Niels i jedziemy do portu po naszego Zodiaka. Łódź okazuje się być pontonem o wzmocnionym dnie i z przyczepionym, 15-konnym silnikiem. Jest mniejsza niż zakładałem. W dwójkę z plecakami ledwo się na niej mieścimy. A przy dużej fali to nie wiem co będzie. Jestem pełen obaw. Jako, że mam paten żeglarski, to współpracownik Nielsa bierze mnie na krótką przejażdżkę w celu przyuczenia do sterowania pontonem. Przez pierwsze kilka chwil mam wrażenie, że się wywrócimy na pierwszej lepszej fali, ale jakoś to nie następuje co przywraca mi wiarę w powodzenie tej części wyprawy. Po chwili już sam steruje Zodiakiem. Najpierw powoli, później już coraz szybciej. Wreszcie cisnę gaz do „dechy”, dziób Zodiaka lekko się unosi i prujemy szybko z powrotem. Sprawia mi to olbrzymią frajdę, a płyniemy tak szybka, że trzeba się trzymać linek przyczepionych do burty – inaczej można wypaść do wody.

Zostajemy lojalnie ostrzeżeni przez Niels, że w wodzie przeżyjemy jedynie kilka minut, dlatego też mamy pływać blisko brzegu. Zapomniał jednak dodać, że Nanortalik z portem znajdują się na wyspie i i tak trzeba kilkukrotnie pokonać długie odcinki bez bliskiego brzegu. Łódź nie jest też ubezpieczona, więc …

Ładujemy 75 litrów paliwa, nasze plecaki, siebie w kamizelkach i ruszamy. Przed nami długi na prawie 70 km fiord Tasermiut ze szczytami po obu stronach wznoszącymi się na ponad 2000 metrów. Do wejścia do fiordu mamy spory kawałek. Widzę, że Adam jest z lekka przerażony i chyba niezbyt pewnie się czuję na łodzi. Mi to uczucie też nie jest do końca obce. Moja przewaga polega na tym, że ja trzymam ster i wiem co będę robił, a Adam tego nie wie :-).

Początkowo płynie się ok. Pobliska wyspa chroni nas nieco od wiatru. Fale mamy lekka z prawej, ale nie przeszkadzają w płynięciu. Wkrótce jednak musimy przeskoczyć na drugą stronę zatoki, aby wejść do fiordu. Od brzegu będziemy nieźle oddaleni – w przypadku wywrotki nie ma szans na dopłynięcie wpław do brzegu. Robi się trochę nerwowo. Wzmaga się wiatr, fale są coraz większe – na szczęście mamy je od tyłu, więc jak na razie nie jesteśmy mokrzy. Naszą łódką steruje się jednak coraz trudniej i coraz więcej siły muszę wkładać w trzymanie steru. Ogólnie przestaje być fajnie. Na dodatek zaczynają się pojawiać mniejsze i większe góry lodowe. Które musimy omijać szerokim łukiem. Raz przechodzimy przez szczątki jednej z nich – musiała się rozpaść dosłownie kilka – kilkanaście minut wcześniej. Fale prawie wlewają się do łodzi od tyłu. Muszę uważać szczególnie przy wytracaniu prędkości, bo wtedy często jesteśmy poniżej fal i woda zaczyna wlewać się od tyłu.

Wreszcie, po kilkudziesięciu minutach docieramy do drugiego brzegu. Robię się trochę spokojniejszy, aczkolwiek wiatr nadal przybiera na sile. Staram się zatem płynąć możliwie blisko brzegu. Jesteśmy też obaj lekko przemoczeni. Taki urok pływania naszą łajbą. Mijamy wioskę Tasisaq widoczną w bocznej zatoce. Kierujemy się do głębi fiordu. Po kolejnej godzinie naszym oczom ukazuje się farma z maleńką piaszczystą plażą. Na dzisiaj mamy już dość łodzi – ja nie czuję rąk od sterowania. Postanawiamy zatem wylądować i zapytać się o możliwość rozbicia noclegu gdzieś na obrzeżach farmy. Widok jest piękny na szczyty, więc fotograficznie powinniśmy być zadowoleni.

Szukamy dobrego miejsca o mało raz się nie rozbijając. Ostatecznie lądujemy na małej piaszczystej plaży, która jednak nie wydaje nam się dobrym schronieniem dla naszego Zodiaka.
Tym bardziej, że jest odpływ i podczas przypływu woda na pewno dochodzi do końca plaży (a dalej jest urwisko).

Adam idzie na farmę, ale nikogo nie ma. Postanawiam zatem przejść się do drugiego, nieco dalszego, budynku. Ale też tam nikogo nie ma. Widać, że ktoś tu mieszka, ale chyba popłynęli wszyscy do Nanortalik. Postanawiamy przecumować łódź na bardziej dogodne, znalezione przed chwilą miejsce. Pomimo moich obaw łódź udaje nam się wypchnąć z plaży i pomimo wiatru wyjść na pagajach na głębokość umożliwiająca uruchomienie silnika. Przybijamy do upatrzonego miejsca. Jeszcze sto węzłów aby łódź nam nie odpłynęła i jest OK.

Rozkładamy się za domem. Postanawiamy poczekać na gospodarzy i w związku z tym nie rozbijamy namiotu. Pożyczamy również trochę wody z farmy bo nasza się już nam skończyła. Po posiłku Adam zapada w poobiednią drzemkę, a ja fotografuję średnim formatem okolice farmy. A te są przepiękne. Wszędzie wysokie góry, niektóre pokryte jeszcze (albo już) śniegiem.
Po przebudzeniu Adama idziemy na przechadzkę. Docieramy do ujścia rzeki – tam jest budowany nowy dom – chyba jakieś schronisko. Jest też wiele ciekawych miejsc do rozbicia namiotu. W okolicach rozbili się też Inuici. Powoli zbliża się zachód. Szybka decyzja i wracamy do naszej łodzi aby kolejny raz dzisiaj ją przecumować. Zajmuje nam to łącznie kilkadziesiąt minut. Na zachód słońca jednak zdążamy. Pomimo problemów udaje nam się też rozbić namiot – długo jednak trwało nim znaleźliśmy kawałek płaskiego terenu.

Zachód jest długi, ale znów bez chmur. Coś tam jednak udaje się wykroić :-).

Dzień dwunasty

Dzień jedenasty

Dzień jedenasty

Narsaq – Quaqortoq

Wstałem na wschód, ale mgła znad morza wygoniła mnie z powrotem do łóżka. Ostatecznie podnosimy się o 9 rano. Czuję się wyspany i trochę wypoczęty po trudach poprzednich dni. Dzisiaj opuszczamy Narsaq i płyniemy do Quaqortoq – naszego miejsca przesiadkowego do Nanortalik. Jako, że znowu będziemy trochę odcięci od cywilizacji postanawiamy pozałatwiać w Narsaq wszystkie ważne sprawy. A cóż jest ważniejszego od kontaktu z Rodziną? Tak więc trochę czasu spędzamy na poczcie, gdzie jest dostępny publiczny telefon. Rozpytujemy również o możliwość wysłania paczki do Polski, ponieważ cześć ekwipunku chcemy wysłać do Polski z Ilulissat, aby zmniejszyć koszty nadbagażu. Poza tym trochę się lenimy. Słońce znowu pięknie świeci, chodzimy trochę po miasteczku i robimy zdjęcia. Głównie dzieciom :-).

Kolejne próby przegrania plików na sticki, czy choćby by na płyty DVD nie powiodły się. Mac to jakaś magiczna maszyna, a w kafejce nie mają nagrywarki DVD. Ceny Internetu obłędne – 40 PLN / h. O żadnych zniżkach nie ma mowy. Nie są gotowi na negocjacje nawet wtedy, gdy widać, że usługa jest dla Ciebie za droga. I to nawet wtedy, gdy z tego Internetu nikt nie korzysta (nie ma bowiem tutaj tłumu turystów).

Spakowaliśmy się i o 16 stawiliśmy się karnie w porcie, gdzie mamy się przesiąść na łódź do Quaqortoq. Łódź będzie płynęła z Narsarsuaq. Na miejscu wypiliśmy jeszcze po Tuborgu obserwując martwe kraby w porcie. Nie było niestety lepszych widoków, gdyż ruch w porcie po prostu całkowicie zamarł. Zresztą, powinniśmy raczej mówić o „malutkim porteczku” :-).

Przypływa łódź. Szybki ścigacz. Prawie nas nie zabrali :-). Ruszamy do Quaqortoq. Zostałem na pokładzie zewnętrznym, aby porobić trochę zdjęć. Piękne czyste niebo nagle zasłania się mgłą i tak jest prawie do Quaqortoq. Z tej mgły co jakiś czas wychylają się góry lodowe. Robi to na mnie piorunujące wrażenie. Wszystko oświetlone pięknym, przefiltrowanym przez mgłę światłem słonecznym. Istna bajka. Łajbą jednak strasznie kiwa, co dosyć utrudnia robienie zdjęć. No i góry lodowe mijamy w bezpiecznej (czytaj: dużej) odległości. Pomimo tego było fantastycznie.

Po ok. 45 minutach docieramy do celu naszej dzisiejszej podróży – miasteczka Quaqortoq. Jest położone wśród wzgórz i już z portu widać, że dusi się od ilości domów, których nie ma już gdzie stawiać. Jest o wiele większe od Narsaq – dotyczy to zarówno ilości domów, jak i samego portu. Od razu widać, że miasteczko żyje. Mnóstwo samochodów i ludzi na ulicach. W porcie słychać stukot młotów i warkot pił. Jakże tu odmiennie od sennego Narsaq.

Qaqortoq po grenlandzku znaczy „(to) białe”. Nie wiem skąd wzięła się ta nazwa. Może od koloru śniegu, a może od licznych, żyjących tu kiedyś niedźwiedzi polarnych. W każdym bądź razie miasteczko liczy obecnie ponad 3300 osób i przeżywa gwałtowny rozwój. M.in. planuje się tu wybudować pas startowy dla samolotów, co zwiększyłoby niewątpliwie możliwości logistyczne miasta (dzisiaj dostępny jest jedynie heliport). Jest obecnie czwartym co do wielkości „miastem” na Grenlandii, a największym w Południowej Grenlandii. Zostało założone w 1775 roku przez Norwega Andersa Olsena.

Przed zejściem na ląd zagadnąłem jeszcze młodego członka załogi naszej szybkiej łodzi, gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Wskazał nam jakieś miejsce za heliportem. Nie uśmiechało mi się to za bardzo, bo droga ostro pięła się pod górę, ale cóż było robić. Ruszyliśmy zatem z całym naszym bagażem poszukać miejsca na rozbicie namiotu. Droga była naprawdę ciężka, a dodatkowo nieśliśmy niezbyt poręczną torbę z resztą naszego ekwipunku. Po 15 minutach i wymianie kilku słów ze spotkanym po drodze Litwinem, dotarliśmy do drogi, na której spotkaliśmy tego samego załoganta. Od słowa do słowa i spytałem się go, czy nie zna jakieś miejsca u kogoś na podwórku, gdzie moglibyśmy przenocować tę jedną noc. Rozstawianie namiotu za heliportem było bowiem dla nas ostatecznością. Zamyślił się i stwierdził, że może byłoby to możliwe u jego rodziców, którzy mają dom na wzgórzu. I właśnie wtedy zatrzymał się koło niego samochód, w którym była jego matką i siostra. Matka wyraziła zgodę na rozbicie namiotu u nich w domu. Naszej radości nie było końca. Mina nam zrzedła, gdy nam pokazano gdzie stoi dom – na szczycie wzgórza. Jakieś 40 minut podejścia z plecakami. Niestety panie nie zgodziły się nas zabrać samochodem (pickup) pomimo tego, że tam właśnie jechały. Lekko wkurzeni na obojętność ludzi zaczęliśmy podchodzić (jaka szybka zmiana nastawienia :-). Adam postanowił złapać stopa. Pomimo tego, że ruch był całkiem spory, to początkowo nikt się nie zatrzymywał. Ostatecznie jednak wysiłki Adama nie poszły na marne i dzięki uprzejmości mieszkańca Quaqortoq dostaliśmy się w końcu na szczyt wzgórza.

Dom prezentował się okazale. Widać było zamożność, nawet jak na tutejsza standardy. Dostaliśmy pozwolenie na rozbicie się na wypielęgnowanym trawniku z przodu domu. Wyglądało to komicznie, ale lepsze takie miejsce niż żadne. Mieliśmy nadzieje, że sobie z mieszkańcami porozmawiamy, ale nic z tego – byliśmy traktowani jak powietrze i nie było to zbyt miłe.

Była 19 wieczorem postanowiliśmy zatem udać się do miasta coś zjeść. Po małym rozpoznaniu przekroczyliśmy progi restauracji Seaman, gdzie miało być dobre jedzenie i średnie ceny. Oczekiwałem normalnej restauracji, gdzie w porządnych warunkach będę mógł zjeść i poczuć cywilizację. No cóż, pojęcie „restauracji” w Quqortoq niespecjalnie przypadło mi do gustu. Był to bowiem … zwykły bar samoobsługowy z dużą ilością fast foodów. Jedynie ceny rzeczywiście były przystępne – 40 DKK kosztował zestaw. Nie było zatem wyboru – zresztą taki fast food był dla nas czymś niezmiernie interesującym po poście na lifoliozatach.

Po posiłku czas poszaleć na mieście :-). Wkrótce wyszło jednak z nas zmęczenie całego dnia, stąd też postanowiliśmy jednak wrócić do namiotu. Tym bardziej, że słońce już prawie zaszło i zrobiło się ciemniej. Nad miasteczko zaczęła napływać mgłą. Zrobiło się zimno i wilgotno.

W namiocie jeszcze długo rozmawialiśmy. Aż zmorzył nas sen.

Mapa trekkingu

Mapa trekkingu

Mapa trekkingu

Od Narsarsuaq do Narsaq

Markerami zaznaczono bazy.

Dzień dziesiąty

Dzień dziesiąty

Dzień dziesiąty

Baza na wzgórzu 686 – Narsaq (trekking)

Można się tego było spodziewać. Zadziałało zwykłe prawo Murphego. Chmury o świcie nie nadeszły, choć czaiły się niedaleko. I to pomimo tego, że wyskoczyliśmy ze śpiworów na pierwszy sygnał dzwonka.

Nic, trudno. Pakujemy się szybko, jemy śniadanie, którego skład nie odbiega od poprzednich i ruszamy do Narsaq. Dzisiaj ostatni dzień naszego trekkingu.

Idę szybko. Prawie cały czas z górki, trochę po płaskim. Dużo kamieni utrudnia jednak marsz – trzeba uważać, aby się nie potknąć. Kije trekingowe bardzo się przydają w takim terenie. Jestem bardzo zadowolony z mojego najnowszego nabytku – kije Kohla EVO X-Light Absorber, to istny mercedes wśród kijków. Ważą jedynie 179 gramy, mają absorbery, które doceniłem już w Himalajach i doskonale dopasowaną rączkę. Jednym słowem, są warte swojej ceny. Trzeba dodać, że większość szlaków na Grenlandii nie przypomina tych, które znamy w Europie. Są nieoznakowane, bardzo często w trudnym terenie, dają się we znaki nogom i często wiążą się z ryzykiem upadku.

Szybko mijamy dwa jeziorka, przy których „popełniamy” poranną toaletę. Następnie idziemy wzdłuż brzegu jeziora Taseq, który jest rezerwuarem wody pitnej dla Narsaq. Krajobraz jest surowy – nic tylko skała i kamienie. Praktycznie zero roślinności. Na okolicznych szczytach i wzgórzach widać rumowiska skalne. Zapewne bardzo dużo skał się tutaj obrywa w wyniku działania wody, temperatury i wiatru. Wszędzie widać wysuszone koryta większych i mniejszych strumieni.

Wreszcie docieramy do końca płaskowyżu. Przed nami karkołomne zejście w dół. Jakieś 500 metrów w pionie. Skały osuwają się pod nogami. Można łatwo polecieć. Z góry lecą kamienie. Po prostu cudnie. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek schodził w trudniejszym terenie. Ścieżki nie ma żadnej, tak więc trzeba samemu szukać najlepszego zejścia. Idziemy bardzo ostrożnie, a i tak dwa razy prawie lecę. Koszmar. Na dole widać już farmę i drogę do Narsaq.

Wreszcie najgorsze za nami. Nie czuję się za dobrze i zwracam całe śniadanie. Chyba ta woda mi zaszkodziła.

Po pewnym czasie docieramy do wartkiego strumienia. Na szczęście napotykamy na małą tamę i po jej szczycie przechodzimy na drugą stronę. Inaczej byłoby ciężko przejść, bo strumień jest naprawdę szeroki, a woda w nim spieniona i bardzo wartka. Na 100% byśmy się skąpali.

Wchodzimy na gruntową drogę. Prowadzi do Narsaq. W drugim kierunku – do podnóży szczytu Iimmaasaq, który jest znany z licznych minerałów. Widać też zamknięta już kopalnię uranu – wejście do niej znajduje się jakieś 300 metrów nad nami. Budynki Narsaq mienią się w słońcu, ale mamy świadomość, że czeka nas jeszcze daleka droga.

Mamy nadzieję, że ktoś nas podwiezie, ale wiadomo z czym wiąże się nadzieja. Mijają nas dwa samochody, ale się nie zatrzymują. Dopiero na samym końcu, już w miasteczku, Adamowi udaje się zatrzymać samochód i uczynny kierowca pickupa podwozi na nas do Biura Turystycznego w Narsaq. Jesteśmy z lekka wykończeni, ale szczęśliwi, że ten trek mamy już za sobą. Adam idzie po piwo i po coś do jedzenia, podczas gdy ja rozmawiam z właścicielami biura. Biuro prowadzi Hiszpan i Dunka (z domieszką chyba Inuickiej krwi). Zabawna para. Zastanawiam się, co też Hiszpana wygnało na tak odległy i zimny kawałek świata? Z podziwem wypytują nas o trek z Narsarsuaq. Niewiele osób go przechodzi. Dostajemy nocleg w nieodległym schronisku. Właścicieli nie ma – są w Danii, a schroniskiem zarządza młoda dziewczyna ze sklepu. Ceny pamiątek obłędne – postanawiam poczekać do Nuuk, gdzie powinno być trochę taniej.

Adam wraca i łyk zimnego piwa za pomyślny trek bardzo mi smakuje. Delektuję się nim bardzo długo. To mi też uświadamia, jak bardzo przynależymy dla naszego świata i codziennych czynności i jaką one mają dla nas wartość, gdy jesteśmy ich pozbawieni dłuższy czas. Tuborg magicznie przywraca mi siły, a dopełnia to ciastko francuskie pieczone w lokalnej piekarni.

Idziemy do schroniska. Ktoś zadał sobie znaczny trud aby je w środku wykończyć (bo z zewnątrz wygląda jak przysłowiowy barak), ale nie dokończył tego. A mogłoby być tak pięknie. Ale i tak jest super – jest ciepła woda, łazienko/prysznice bez okien, pralka, duży living room i kuchnia wyposażona we wszystko to co potrzebne. Pokoik jest mały – ot dwa łóżka, stół i trochę przestrzeni pomiędzy nimi. Przypomina mi lodge w Himalajach.

Rozpakowujemy się i od razu robimy pierwsze pranie. Pogoda jest bardzo ładna i mamy nadzieję, że wszystko nam wyschnie raz dwa. Gorący i długi prysznic jest wspaniały – wreszcie nie trzęsę się z zimna, a mojego ciała nie owiewa zimny wiatr :-). Woda też cieplejsza! Po tych podstawowych sprawach ruszamy do miasteczka.

Narsaq nie jest duże. Mieszka tutaj nieco ponad 1600 osób. Zostało założone w 1830 roku, choć ludzie zamieszkiwali te tereny setki lat wcześniej. Rozwój miasteczka nastąpił po otwarciu tutaj przetwórni ryb, która jednak została już zamknięta. Nie ma jakieś zwartej zabudowy – szeregi domków stoją, wydaje się, w pewnym nieładzie. Ale robi to bardzo przyjemne wrażenie. Wszystkie są kolorowe co ma swój urok. Budynki publiczne (kolor czerwony) nie są szczególnie zadbane. Pełno tu powybijanych szyb i śmieci. Dużo ludzi – głównie młodzi (wakacje), widać też trochę starszych osób. Niedaleko nas jest duży cmentarz – białe krzyże mocno kontrastują z niebieskim niebem i kolorami okolicznych domów. O dziwo, na krzyżach nie ma żadnych tabliczek ani inskrypcji. Jak oni odnajdują swoich zmarłych? Nie ma też pomników – same białe krzyże.

Jest market, a nawet dwa, poczta i inne budynki typowe dla takich miasteczek. Na poczcie łączymy się z naszymi rodzinami – wreszcie można sobie porozmawiać. Iridium, nasz satelitarny wybawca, czasami bowiem zawodzi i bardzo trudno się przez niego prowadzi rozmowy. Z sms-ami jest już lepiej. Jestem strasznie uradowany słysząc głos Najwspanialszej z Żon i dźwięki mojego rocznego Synka. Strasznie za nimi tęsknię.

Po obowiązkowych zakupach w markecie udajemy się do grill baru. Hmm. Przybytek ten przypomina nasze hamburgerownie lat 90-tych. Przyznam szczerze, że oczekiwałem czegoś całkowicie innego. A tu tylko hamburgery, hot-dogi i frytki. Kusimy się na hamburgera – niezbyt nam smakuje, a mój żołądek protestuje przeciwko karmieniu go takim jedzeniem po 10 dniach podróżniczej diety. Czuję się niesamowicie najedzony i odchodzi mi ochota aby cokolwiek jeszcze przegryźć. Wieczorem jednak jemy kolacje z zakupionych produktów (chyba na zapas :-).

Na zachód idziemy na oddalony od budynków półwysep. Widać, że jest on przygotowywany pod zabudowę, bo wygląda jak wielki plac budowy. Na razie jednak nic tam jeszcze nie stoi nie licząc lokalnego wysypiska śmieci na uboczu. Śmieci są tutaj dużym problemem, bo w zasadzie nie ma ich gdzie składować. Jestem ciekawy czy odbierające jakieś statki?

Strasznie wieje. Cały sprzęt fotograficzny drga na tym wietrze, więc schodzę bardzo nisko, aby zredukować drgania. Zachód jest bardzo ładny – ciepłe światło oświetla dziesiątki gór lodowych i okoliczne wzgórza. Fotograficznie nie jestem jednak spełniony. Brakuje mi ewidentnie weny w dniu dzisiejszym. Wytrzymujemy ok. 2 godzin. Od czasu do czasu odwiedza nas lokalna młodzież, dla której to miejsce jest chyba miejscem schadzek. Na koniec przychodzą młodzi postrzelać z karabinu i to już nie jest fajne. Nie wiem, czy nas nie zabiorą na muszkę. Tak więc trochę wydłużam krok.

W schronisku spotykamy malarza z Wysp Owczych, który przyjechał tutaj, aby pozbierać kamienia dla swoich farb (później je rozgniata na pył, który dodaje do bazy). Próbujemy skorzystać z jego laptopa i przegrać pliki z kart cyfrowych na sticki, ale że to Mac to nie udaje nam się.

Dzień dziewiąty

Dzień dziewiąty

Dzień dziewiąty

Baza na wzgórzu 686 (trekking)

No i stało się. Adam nas nie obudził. Ja wstałem o 6 rano sam i wszystko u moich stóp było przykryte chmurami. Widok był fantastyczny, ale na pewno wyglądało to o niebo piękniej o wschodzie słońca. A tak, słońce już było wysoko i była przysłowiowa d…a. Ależ byłem zły. Posiedziałem sobie z godzinę kontemplując widoki. Dokumentalnie nawet pstryknąłem kilka zdjęć. Ale to nie było to. Najlepszy jak na razie wschód przeszedł mi koło nosa.

Kiedy Adam się obudził zastanawiamy się co robić. Chmury się cofnęły, ale ciągle są widoczne na horyzoncie nad morzem. Może przyjdą jutro jeszcze raz. Ślęczą nad mapą i rozważam wszelkie możliwości. Decydujemy się ostatecznie zostać jeszcze jeden dzień na miejscu. Co prawda kolejnego dnia będziemy musieli przejść cały szlak obliczony na dwa dni, ale trudno. Z mapy wynika bowiem, że jeśli wyjdziemy dzisiaj w kolejnej bazie nie będziemy mieli tak szerokich widoków. Szczególnie, że będziemy niżej niż otaczające nas góry. Tak więc postanawiamy zaryzykować i poczekać na chmury. A nuż przyjdą. To wtedy nam wszystko wynagrodzą.

Powyższe oznacza jednak cały dzień w tym samym miejscu. Wieje trochę nudą. Wszystkie obowiązkowe czynności wydłużamy do granic możliwości. Idziemy znów po wodę. Nie smakuje nam jednak zbyt dobrze i nie czujemy się po niej najlepiej. Jakoś nie chce mi się robić krótkich czy dłuższych wycieczek. Chociaż można byłoby się w sumie przejść i poszukać innych kadrów. Ale jakoś czuję się rozleniwiony.

Od czasu do czasu monotonię przerywa przelatujący helikopter. Najwidoczniej coś budują niedaleko, na szczycie wzgórz. Nie potrafię sobie bowiem wytłumaczyć inaczej tych lotów.

Tak nam mija cały dzień. Wschód nie robi na nas wrażenia. Kładziemy się zatem spać nastawiając dwie komórki i dwa zegarki na godzinę przed wschodem. Trzymam kciuki za powodzenie!