Mamy dużo czasu, więc po rozbiciu namiotu i ogarnięciu się, postanawiamy poeksplorować okoliczne miejsca. Zaczyna się przypływ – woda wdziera się w gląb lądu zmuszając nas do ciągłego ruchu i szukania skrawka suchego terenu. Wchodzimy na olbrzymie moreny czołowe stworzone przez język lodowca, który w międzyczasie (tzn. w ostatnich latach) mocno się wycofał. Czuję się wśród tego kosmicznego krajobrazu bardzo mały i słaby. Widać tutaj olbrzymie siły przyrody.
Rozdzielamy się z Adamem. Przez pewien czas widzę jeszcze jego czerwoną kurtkę, ale później niknie mi z oczu. Postanawiam sforsować olbrzymie głazowisko kamieni – olbrzymów i wspiąć się na przylegający stok dla lepszych widoków. Droga jest bardzo trudna i strasznie stroma. Wielokrotnie wszystko leci mi spod stóp. Wreszcie docieram do celu – widok na góry jeszcze bardziej się otwiera. Prowadzi tędy wąska, ledwo widoczna ścieżka, którą można obejść te góry dookoła. Myślę, że kiedyś wybiorę się tutaj na trekking na dwa tygodnie. Jeśli ktoś lubi góry to będzie zadowolony w 100% bo takich miejsc nie ma w Europie.
Nie zabrałem ze sobą wody, więc jej szukam. Niestety bez powodzenia. Co prawda jest rzeka, ale zejście po stromych stokach grozi śmiercią, więc sobie odpuszczam.
Postanawiam znaleźć Adama – w czerwonej kurtce, pomimo odległości, powinien być dobrze widoczny. Niestety pomimo skorzystania z obiektywu 300 mm nie udaje mi się go odnaleźć. Trochę się martwię, bo łatwo tutaj zrobić sobie krzywdę. Postanawiam poczekać jeszcze z 20 minut, a później ruszyć w dół. Adam jakby czytał w moich myślach, ponieważ pojawia się równo po 20 minutach :-). Postanawiamy razem poszukać wody, bo on też jej przy sobie nie ma. W końcu mieliśmy iść tylko kawałek od namiotu, a skończyła się tak jak zawsze :-).
Trochę się martwię o naszego Zodiaka. Co prawda wnieśliśmy go sporo w głąb plaży, ale woda podchodzi tutaj bardzo wysoko. Rzut oka przez obiektyw pozwala mi się jednak uspokoić. Woda jest jeszcze o jakieś dwa metry od silnika, a szczyt przypływu już minął.
Wodę w końcu udaje nam się znaleźć i bardzo dobrze smakuje. Robimy trochę zdjęć, ale światło jest jeszcze bardzo ostre. Muszki szaleją i próbują wyssać z nas całą krew. Doprowadzają nas do szału. Dochodzi do tego, że czasami robię po dwa zdjęcia takiego samego motywu obawiam się bowiem, że będą widoczne muszki oblepiające obiektyw. A przy zdjęciach z dużą głębią ostrości jest to możliwe. Ba, korzystam też z 5m wężyka do aparatu,. Zauważyłem bowiem, że gdy odchodzę od aparatu, to muszek na nim jest jakby mniej.