Dzień siedemnasty

Dzień siedemnasty

Dzień siedemnasty

W drodze do Nuuk – prom

Dzień na statku. Mamy ograniczone możliwości poruszania się. Ogólnie czas spędzamy na rozmowach i odpoczynku. Poluję również na duże gór lodowe koło których przepływamy od czasu do czasu. Oglądam fantastyczny zachód słońca – niebo po prostu eksploduje kolorami.

Wieczorem znowu się pakujemy – do Nuuk przypływamy wczesnym rankiem. Mają na nas tam czekać Agnieszka i Thomas.

Na statku byłem tylko jeden dzień, ale podróż mi się strasznie nużyła. Trzech dni na statku do Ilulissat chyba bym nie wytrzymał (a statek płynie właśnie tam).

Dzień siedemnasty

Dzień szesnasty

Dzień szesnasty

Fiord Tasermiut – nanortalik – Qaqortoq – prom

Dzisiaj ważny dzień z logistycznego punktu widzenia. Chyba najważniejszy. Jeśli nie uda się wszystkiego zgrać na czas, to nie będzie wesoło. Wstajemy jak zwykle ok. 3.20. Wschód niczym specjalnym się nie wyróżnia. Dopiero później pojawiają się chmurki, które słońce jeszcze ładnie zdążyło podświetlić. Nie mogłoby tak być od samego początku?

Szybko się pakujemy i schodzimy do łodzi. Żegnamy się z cichą wioską. Tu nawet psy nie szczekają :-). Ale otoczenie jest piękne i myślę, że mżna się w takim miejscu zakochać. Góry są niesamowite, woda również. Jestem bardzo ciekawy jak jest tutaj zimą i czy te góry są do przejścia późną zimą.
Jak tylko wypływamy z portu to opada nas mgła. Wiatru nie ma, stąd nie ma też fali, ale nie widać zbyt wiele. Wszędzie zalega ciszą. Wręcz ją można poczuć. Plan był taki, aby popłynąć mniej lub bardziej bliżej lewego brzegu, a później przeskoczyć na drugą stronę fiordu w najwęższym miejscu. Teraz jednak oznaczałoby, że będziemy przekraczać fiord nie za bardzo wiedząc gdzie jesteśmy. W konsekwencji zamiast na drugi brzeg (którego nie widać) moglibyśmy wypłynąć w morze, co nie jest zbyt zachęcającą perspektywą. Po dyskusji postanawiamy już teraz przekroczyć fiord – jesteśmy w takim miejscu, że mamy pewność dotarcia na drugi brzeg. Cała naprzód zatem. Dziób naszego Zodiaka idzie do góry i zaczynamy się przemykać pomiędzy górami lodowymi, które wyłaniają się z mgły niczym duchy. Od czas do czasu postój na zdjęcia -ale wierzcie mi – zrobienie dobrego zdjęcia z chyboczącej się łódki zakrawa na cud.
Na środku fiordu fale stają się większe, ale dajemy jeszcze radę. Wreszcie docieramy na drugi brzeg. Mgła robi się jednak coraz gęstsza. Teraz już mnie wręcz przygniata. Prawie nic nie widać. Prawie nie ma fali. Chwila zapomnienia i prawie szorujemy Zodiakiem o dno – zagapiłem się i nie spostrzegłem, że dno się tym miejscu mocno podnosi do góry.

Stajemy. Nie ma żadnych dźwięków, tylko chlupot wody o burtę. Nie wiemy gdzie jesteśmy – czy już powinniśmy odbić od brzegu i kierować się do Nanortalik (miasteczko leży na wyspie), czy też jeszcze mamy czekać i płynąc wzdłuż brzegu? Jeśli przestrzelimy, to albo wypłyniemy na pełne morze, albo do drugiego fiordu. A tam nam zabraknie paliwa.

Rozważamy różne opcje. Mamy GPS-a, ale nie mamy mapy Grenlandii (nie ma w sprzedaży). Nasza papierowa mapa się skończyła i nie obejmuje już miejsca, w którym jesteśmy. rozważam nawet telefon do mojej pracy, aby podali nam współrzędne geograficzne Nanortalik – jak je wbijemy do GPS-a to nas poprowadzi. Ale nic z tego. Adam znajduje jednak Nanortalik w GPS-ie – jest tam zapisany na ogólnej fizycznej mapie świata. Ruszamy zatem po linie prostej do miasteczka. Docieramy w końcu do półwyspu i skręcamy w prawo. Teraz już, nadal we mgle, idziemy pełną prędkością na port. Nadal niewiele widać. Jesteśmy odsłonięci, łódką zaczyna rzucać to tu, to tam, ale nadal idziemy co koń wyskoczył. Nie chcę ryzykować na otwartym terenie przy wietrze i z falą w twarz. GPS wysiada – zawiesza się. Nic, płynę już na wyczucie. Trzeba uważać, bo co chwilę jakieś głazy wystają z wody. Stajemy jednak. Na szczęście – inaczej byśmy się rozwalili o duży kuter rybacki, który nagle, bez zapowiedzi wychynął z mgły. Uff. Nagle w dziurze dostrzegam coś jakby port. Cała naprzód i już śmigamy do przodu. Po kilkunastu minutach wchodzimy do portu. Jeszcze trzeba pamiętać o linach, które nie pozwalają górom lodowym wedrzeć się do portu i już cumujemy przy nabrzeżu. Wycieczka skończona.

Myjemy łódź i idziemy do piekarni na ciastko, a później do Nielsa. Wracam jeszcze na łódź po zbiornik z paliwem – wg Nielsa kradną nawet na Grenlandii!!! Niels jest tak miły, że udostępnia nam poddasze biura, gdzie się rozkładamy. Trzeba się przepakować i przygotować do lotu popołudniu. Zapraszam Adama na kawę do hotelu – mamy jeszcze sporo czasu do odlotu. W hotelu trwają właśnie przygotowania do lunchu grenlandzkiego – bardzo żałuję, ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się go wykupić.

Pogoda zaczyna się psuć. Wg Nielsa następne dni mają przynieść deszcze i niższą temperaturę. Fajnie, że nas to ominęło. Pogodę mieliśmy rewelacyjną, acz nie do końca fotograficzną. Niels zawozi nas na heliport. Tym razem obywa się bez płacenia za nadbagaż, ale podręczne plecaki mamy wypchane do granic możliwości. Odprawa niesie ze sobą trochę nerwów, bo płacić byśmy nie chcieli.

Załadowaliśmy się do dużego helikoptera – Sikorski. Wybieram miejsce przy oknie po prawej stronie – będę miał całe wybrzeże Grenlandii na wyciągnięcie ręki. Po chwili już się wznosimy, a moim oczom okazuje się całe piękno tek krainy. Co prawda słońca nie ma, ale prawie na wyciągnięcie ręki jest dostępny lądolód, przed nim w górę wzbijają się niezliczone szczyty Alp Grenlandzkich jak je tutaj nazywają. A najbliżej mnie – góry lodowe. Z tej wysokości widać ich części zanurzone w odzie – mają mocno turkusowy kolor. Przelatujemy nad jedną z nich – w środku basen pełen turkusowej wody. Nic tylko się wykąpać. Po kilkudziesięciu ekscytujących minutach lądujemy w Qaqortoq. Do portu tym razem mamy z górki, więc po chwili jesteśmy już w porcie. Przy nabrzeżu stoi wielki prom linii Arctic Umiaq Line. Niestety jeszcze nie wpuszczają na pokład, tak więc mamy trochę czasu. Kręcimy się pojedynczo po porcie i okolicach aby nie chodził z całym bagażem. Z nami czeka już spora liczba ludzi – a wśród nich cała drużyna piłkarska młodych chłopaków.

Wreszcie ze statku spuszczają kontener. Okazuje się, że to kasa. Akurat tak spuścili, że przed nosem mamy wejście. Jesteśmy zatem pierwsi. Chwila nerwów – okazuje się, że coś jest nie tak z naszymi biletami. Po 10 minutach tej nerwówki, pani na kasie uśmiecha się szeroko. Wszystko jest OK. Dostajemy dwuosobową kajutę. Prysznice mamy na zewnątrz. W kajucie za dużo miejsca nie ma, ale nam to wystarczy. W namiocie było go o wiele mniej.

Jeszcze nie wypłynęliśmy, a już jesteśmy po gorącym prysznicu. Wspaniałe uczucie. Idziemy następnie zwiedzać statek. Okazuje się, że był remontowany w polskiej stoczni! Jest messa, gdzie serwują różne dania – nie jest nawet drogo jak na monopolistę. Jest mnóstwo korytarzy i różnych zakątków. Można wyjść na pokład na samą górę, skąd rozpościera się ładny widok. Jednym słowem cool – jest trochę większy od naszego Zodiaka i trochę szybszy. Ale Zodiakiem do Nuuk też byśmy dopłynęli :-).

Odbijamy od nabrzeża. Wszyscy wylegli na pokład i żegnają swoich bliskich. Przed nami dwie noce i cały dzień do Nuuk. Wyśpimy się po wsze czasy.

Dzień siedemnasty

Dzień piętnasty

Dzień piętnasty

Fiord Tasermiut (Zodiak)

Wschód słońca nie był niczym szczególnym. Już wiem, że w te rejony trzeba przyjechać pod koniec sierpnia, a nawet na początku września. I zrobić porządny, dwu-tygodniowy trekking. Ten okres zagwarantuje ciemne noce, może zorze polarne, śnieg na szczytach no i ostry wycisk :-).

Powtarza się scenariusz dnia poprzedniego. Śniadanie, pakowanie i pakujemy się do naszego Zodiaka. Znowu liczymy na poranny brak wiatru i małe fale. Płyniemy dzisiaj do małej wioski prawie u ujścia fiordu Taermiut. Tuż po opuszczeniu bazy Hiszpanów otacza nas bardzo gęsta mgła. Płyniemy wzdłuż brzegu, ale nie jest to oczywiście linia prosta. Pewnie z góry wyglądałoby to jak szlak pijanego niedźwiedzia :-). Z mgły zaczynają się wyłaniać olbrzymie góry lodowe. Zwalniamy, bo robi się lekko hardcorowo. Nie widzimy często brzegu, a nawet jeśli, to często musimy oddchodzić daleko w głąb fiordu, aby omijać majestatyczne góry lodowe. Do tego wszystkiego słońce zaczyna się lekko przebijać przez warstwę mgły – efektem jest mocno rozproszone światło, które aż prosi się o zdjęcia. Nie próżnujemy, aczkolwiek operowanie aparatami na małej, kiwającej się łódce do prostych nie należy. Nie możemy tego robić jednocześnie, bo szybko byśmy się przewrócili. Więc wymieniamy się.

Przez mgłę i góry mamy trudności ze znalezieniem wejścia do zatoki, gdzie leży wioska. Ostatecznie jednak, trochę sterując na ślepo, udaje nam się wejść do zatoki i zobaczyć maszty stacji komórkowej. No to jesteśmy w domu (prawie). Dobijamy do pomostu, przy którym kotwiczą małe łodzie Grenlandczyków. Jest bardzo wcześnie rano – 6, może 7. Nikogo nie widać. Kolorowe domki są spowite w mgle podświetlonej przez niskie jeszcze słońce. Magicznie to wszystko wygląda. Nim zdążyliśmy się rozbić, pojawiają się już pierwsi rybacy. Zamiast do sklepu po ryby, wsiadają w swoje łodzie i odbijają na kilkadziesiąt metrów od brzegu. Za jakiś (krótki) czas wrócą ze świeżymi rybami :-).

W pierwszej kolejności idziemy do sklepu. Ale niestety otwierają go dopiero o 10.00. Jest zatem stanowczo za wcześnie. Postanawiamy znaleźć miejsce na robicie naszego namiotu. W wiosce nam nie wolno, stąd też idziemy trochę wyżej i znajdujemy ładnie usadowioną platformę. Mamy widok i na otaczające nas zewsząd góry i na kolorowe domki. Za wyjątkiem sklepu i garażu na sprzęt budowlany, nic tutaj nie ma. A, jest jeszcze większa przystać z nabrzeżem i dźwigiem.
Wydarzeniem dnia jest dla nas oczywiście wizyta w sklepie jako, że skończyły nam się racje żywnościowe. A wszystko dlatego, że przedłużyliśmy wypożyczenie Zodiaka o jeden dzień. Wolimy popływać sobie po fiordzie, niż wracać już do Nanortalik. Jakoś udaje nam się przeczekać te kilka godzin do otwarcia sklepu. W brzuchu nam burczy. Znowu nakręcamy się mówiąc o jedzeniu – to będzie chyba najczęstszy temat tej wyprawy :-). Wreszcie sklep otwarty. Przelatujemy przez wioskę jak burza o poranku. Za dużego wyboru nie ma. Jest mnóstwo kupujących – nie wyglądają jakby im się również skończyły racje żywnościowe. Wydaje się jednak, że dla nich otwarcie sklepu też jest ważniejszym wydarzeniem dnia. Chleb jest wyłącznie z lodówki i to jakiś już taki czerstwy. No ale cóż. W koszyku ląduje również spaghetti – postanawiam się szarpnąć na danie główne :-). Z pełnymi siatkami wracamy do naszego obozu. Żółty namiot odcina się na tle niebieskiego nieba i okolicznych ścian. Bardzo ładnie wygląda. Rzucamy się na jedzenie. Może to brzmi śmiesznie, ale jak racje żywnościowe zostały ograniczone do 1000 kalorii dziennie, to jakikolwiek brak tych kalorii daje się mocno we znaki.

Po późnym śniadaniu czas na pełny odpoczynek. Ze względu na poranne wojaże po fiordzie, nie spaliśmy zbyt długo. Teraz postanawiamy to nadrobić. Problemem jest tylko wciskające się wszędzie zimo. Jestem ubrany po szyję, a i tak lekko marznę. Na następny raz zabiorę jednak coś cieplejszego. Przypominają mi się Himalaje – tam największym problemem był brak możliwości takiego prawdziwego wygrzania się. Bez zakładania na siebie góry ciuchów. Tu powoli odczuwam to samo. Na szczęście pogoda nadal jest wspaniała (aczkolwiek nie do końca fotogeniczna) i nie pada. Bo gdyby do zimna doszedł jeszcze deszcz to nie było fajnie.

Pozostały czas wykorzystujemy na włóczenie się po wiosce. Oczywiście największe zainteresowanie budzimy wśród dzieci – te dają się spokojnie fotografować. Z Grenlandczykami jest trudniej – są bardzo powściągliwi. Trochę nie wiem jak do nich dotrzeć. W takich osadach życie płynie bardzo leniwie. W zasadzie nic się nie dzieje. Prawie nikogo nie widać na ulicach. Nie ma żadnych rozrywek – no może poza telewizorem i internetem (jeśli jest). Tu raczej nie można też zaoferować nikomu stałej pracy. Poza łowiectwem – ale to przede wszystkim w zimie. Może ludzie pracują w Nanortalik (ale tam o pracę też nie jest łatwo) – ale to hektar drogi stąd.

Zachód słońca znów do bani. Idziemy spać, bo jutro przeprawa do Nanortalik, a dalej na prom do Nuuk. Dzień zapewne będzie pełen wrażeń.

Dzień siedemnasty

Dzień czternasty

Dzień czternasty

Fiord Tasermiut (Zodiak)

Wschód znowu nie spełnił naszych oczekiwań. To wstawanie 3 godziny po zachodzie jest jednak coraz bardziej męczące. Następnym razem przyjadę tutaj pod koniec sierpnia, gdzie okres na spanie będzie dłuższy. Niestety, część usług będzie już wtedy niedostępna.

Zaraz po wschodzie pakujemy się i odpływamy w dół fiordu – do bazy Hiszpanów wznoszącej się niedaleko szczytu Ulamertorsuaq. Wczesnym rankiem nie ma jeszcze wiatru, co zapewnia w miarę bezpieczną podróż po wodzie. Płynąc w dół fiordu będziemy mieli bowiem zawsze pod wiatr, czyli fale mogłyby nam wielce zaszkodzić. A tak udaje nam się chyłkiem przemknąć :-). Nasz Zodiak trochę ociężale reaguje na ster, a silnik ma trochę małą moc, aby dobrze walczyć z falą. Ale płynie się OK.

W bazie jesteśmy przed 7 rano. Czyli strasznie wcześnie. Zastajemy tam dwóch Czechów poznanych w Nanortalik i kolejnych dwóch wychodzących właśnie pod szczyt na wspinaczkę. Rozbijamy namiot i idziemy spać. Wejście do bazy Hiszpanów totalnie nas bowiem wykończyło. Po wylądowaniu na plaży jest bowiem ostro pod górkę.

Śpimy do południa. Czas jednak na eksplorację terenu. W bazie Hiszpanów stoją dwa wielkie okrągłe namioty – wyglądają jak mongolskie jurty – magazyn i messa. Z messy z ochotą korzystamy, ponieważ można tam zjeść bez tych idiotycznych maskach antymuszkowych na głowie. Ale baza co do zasady jest zamknięta – nie ma tutaj żadnego Hiszpana.

Postanawiamy ten dzień spędzić na realizacji własnych celów. Ja idę pod ścianę – mam zamiar dotrzeć jak najdalej i najwyżej się da. I zmienić punkt widzenia na okoliczne szczyty. Adam postanawia iść wzdłuż rzeki.

Droga pnie się ostro pod górę. Napisałem droga? Tam nie ma drogi, nie ma nawet ścieżki. Trzeba samemu znajdować szlak i piąć się do celu. W tym akurat jestem dobry i jak do tej pory szczęście mi sprzyja. Ostatecznie jednak, aby dotrzeć wyżej muszę przedrzeć się przez taką grenlandzką kosodrzewinę. To mnie prawie do cna wyczerpuje, bo krzewy są bardzo gęste upakowane, a wśród nich jest masa dużych i większych kamieni. Trochę podrapany, po 45 minutach udaje mi się jednak przedrzeć przez tą przeszkodę. Dalej idzie jak spłatka – 50% nachylenie stoku. Wychodzę bardzo wysoko i daleko – nie widzę już namiotu pomimo osiągnięcia znacznej wysokości. Przede mną rozpościera się widok na pionową 1,5 kilometrową ścianę. Od podstawy fiordu ma ponad 2 km. Robi imponujące wrażenie. Nie wyobrażam sobie wspinać się na nią, a co dopiero z niej skakać!

Czas spędzam na robieniu zdjęć i wypoczynku. Kilkukrotnie gubię plecak – wystarczy bowiem oddalić się na kawałek od plecaka, a pojawiają się trudności z jego odnalezieniem. Wszystko wygląda bowiem bardzo podobnie, a kolor plecaka nie sprzyja poszukiwaniom.

O 20 wieczorem schodzę na dół do namiotu, gdzie zastaję Adama. Adam nawiązał kontakt z dwójką Amerykanów, którzy rozbili się po drugiej stronie rzeki. I po chwili obaj przychodzą do nas z niesamowitym podarkiem – świeżo złowioną i upieczoną rybą. Przyjmujemy ten podarek z wielką wdzięcznością. Ryba jest pyszna. Przyjmujemy również zaproszenie od Amerykanów na wieczór.
Zachód jest byle jaki, więc pędzimy do Amerykanów licząc na ciekawą rozmowę i dalszy poczęstunek. Ten ostatni jakoś nie nastąpił ale rozmowa jest przynajmniej ciekawa :-). Obaj się wspinają. Na ścianę pod którą dzisiaj byłem wspinali się 3 dni. Spotkała ich niesamowita przygoda – mieli przyjemność obcować z człowiekiem-ptakiem. Otóż podczas wspinaczki. koło nich przelecieli Norwegowie na base jump. Chłopaki skoczyli z samego szczytu. To musiało być niesamowite i przerażające zarazem przeżycie. Czapki z głów dla jednych i dla drugich.

Amerykanie mają niesamowite zaopatrzenie – wszystko dostarczył im Niels. Aż zżera mnie zazdrość! No ale oni wszystkiego tego nie noszą na swoich własnych plecach.

Na rozmowach mija nam wieczór. Powrót do domu wymaga przejścia nad rwącą rzeką po bardzo wąskim mostku. Za dużo whisky i bye,bye :-).

Dzień siedemnasty

Dzień trzynasty

Dzień trzynasty

Fiord Tasermiut (Zodiak)

Rano, po obowiązkowym śniadaniu składającym się z kubka papki, płyniemy aż na sam koniec fiordu, do lodowca. Po drodze mijamy pionowe ściany okolicznych szczytów – niewyobrażalny widok. Więcej czasu im poświęcimy już niedługo. Pogoda jest cały czas bardzo dobra. Świeci słońce i jest względnie ciepło – kilka stopni powyżej zera. Ale i tak siedzimy okutani w polary, kurtki, kapoki, a na głowach czapki.

Po dwóch godzinach docieramy na sam koniec fiordu. Woda jest tutaj turkusowa i mętna – to od topniejącego lodowca. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy bezwietrzną przystań i lądujemy na małej, piaszczystej plaży. Niedaleko znajdujemy bardzo ładne miejsce na obóz. Wydaje się nam, że namiot będzie tam dobrze chroniony od wiatru. Nawigacja w fiordzie nie jest wcale łatwa – pomimo mapy i gps często zastanawiamy się, gdzie tak naprawdę jesteśmy :-).

Widoki są niesamowite. Góry są bardzo strzeliste i ostre. Niedaleko czoło lodowca spływa z ponad 1500 metrów prosto na taflę wody. Jest bardzo strome, gdyż od lądolodu do fiordu jest tylko 3 km. Widać lądolód. Wystarczy się obrócić o 90 stopni a widać kolejny, tym razem o wiele mniejszy lodowiec, którego język wije się pośród wysokich szczytów. Wszędzie leżą porozrzucane olbrzymie głazy – wydaje się, że tworzą barierę nie do przejścia dla człowieka. W oddali wartko płyną dwie całkiem spore rzeczki. Ten drugi mniejszy lodowiec to Sermitsiaq. W 1894 roku czoło lodowca schodziło aż do wody w fiordzie. Teraz jednak znajduje się aż 1,5 km dalej, w głąb lądu. Średnio wychodzi zatem, że co roku czoło lodowca cofa się o 15 metrów. Sermitsiaq jest przy tym najlepiej poznanym lodowcem w Południowej Grenlandii.

Mamy dużo czasu, więc po rozbiciu namiotu i ogarnięciu się, postanawiamy poeksplorować okoliczne miejsca. Zaczyna się przypływ – woda wdziera się w gląb lądu zmuszając nas do ciągłego ruchu i szukania skrawka suchego terenu. Wchodzimy na olbrzymie moreny czołowe stworzone przez język lodowca, który w międzyczasie (tzn. w ostatnich latach) mocno się wycofał. Czuję się wśród tego kosmicznego krajobrazu bardzo mały i słaby. Widać tutaj olbrzymie siły przyrody.

Rozdzielamy się z Adamem. Przez pewien czas widzę jeszcze jego czerwoną kurtkę, ale później niknie mi z oczu. Postanawiam sforsować olbrzymie głazowisko kamieni – olbrzymów i wspiąć się na przylegający stok dla lepszych widoków. Droga jest bardzo trudna i strasznie stroma. Wielokrotnie wszystko leci mi spod stóp. Wreszcie docieram do celu – widok na góry jeszcze bardziej się otwiera. Prowadzi tędy wąska, ledwo widoczna ścieżka, którą można obejść te góry dookoła. Myślę, że kiedyś wybiorę się tutaj na trekking na dwa tygodnie. Jeśli ktoś lubi góry to będzie zadowolony w 100% bo takich miejsc nie ma w Europie.

Nie zabrałem ze sobą wody, więc jej szukam. Niestety bez powodzenia. Co prawda jest rzeka, ale zejście po stromych stokach grozi śmiercią, więc sobie odpuszczam.

Postanawiam znaleźć Adama – w czerwonej kurtce, pomimo odległości, powinien być dobrze widoczny. Niestety pomimo skorzystania z obiektywu 300 mm nie udaje mi się go odnaleźć. Trochę się martwię, bo łatwo tutaj zrobić sobie krzywdę. Postanawiam poczekać jeszcze z 20 minut, a później ruszyć w dół. Adam jakby czytał w moich myślach, ponieważ pojawia się równo po 20 minutach :-). Postanawiamy razem poszukać wody, bo on też jej przy sobie nie ma. W końcu mieliśmy iść tylko kawałek od namiotu, a skończyła się tak jak zawsze :-).

Trochę się martwię o naszego Zodiaka. Co prawda wnieśliśmy go sporo w głąb plaży, ale woda podchodzi tutaj bardzo wysoko. Rzut oka przez obiektyw pozwala mi się jednak uspokoić. Woda jest jeszcze o jakieś dwa metry od silnika, a szczyt przypływu już minął.

Wodę w końcu udaje nam się znaleźć i bardzo dobrze smakuje. Robimy trochę zdjęć, ale światło jest jeszcze bardzo ostre. Muszki szaleją i próbują wyssać z nas całą krew. Doprowadzają nas do szału. Dochodzi do tego, że czasami robię po dwa zdjęcia takiego samego motywu obawiam się bowiem, że będą widoczne muszki oblepiające obiektyw. A przy zdjęciach z dużą głębią ostrości jest to możliwe. Ba, korzystam też z 5m wężyka do aparatu,. Zauważyłem bowiem, że gdy odchodzę od aparatu, to muszek na nim jest jakby mniej.

Schodzimy. Zejście jest gorsze niż wejście. Adam na jednym z kamieni łamie kij – na szczęście jemu nic się nie stało. Powoli słońce jest coraz niżej. Sesję fotograficzną urządzamy nad rzeką wpadającą do fiordu. Magiczne miejsce.

Po sesji wracamy do namiotu – jest cały zasypany piaskiem. W środku też jest nieco pyłu. W międzyczasie, w tym wydawałoby się bezwietrznym miejscu pojawił się wiatr, który nic sobie nie robił z żółtego koloru naszego namiotu. Super. W nieco podłych nastrojach idziemy spać.