Przed nami długo droga – trawers do lodowca koło Port Victor. Na szczęście nie ma wiatru i morze jest spokojne. Wychodzę zza klifu – mewy podrywają się ze skał i krążą nade mną krzycząc przeraźliwie. Aha, myślę sobie, gdzieś tutaj musi być gniazdo. I rzeczywiście jest – siedzą sobie w nim młode i przypatrują mi się swoimi wielkimi oczami. Aby ich nie niepokoić znikam po chwili w oddali. Zbliżamy się do olbrzymich gór lodowych, przy których robimy sobie zdjęcie. Płynie się dobrze, lekko i leniwie. Następnym razem na kajak biorę aparat odporny na wodę, aby mieć go stale przy sobie. To wyciąganie i wkładanie do wodoodpornych toreb jest męczące. Widać odległy brzeg – cel na dzisiejszy dzień. Wcale się nie przybliża pomimo rytmicznego wiosłowania. Opuszczamy już wyspę i trawersujemy. Jest to najbardziej niebezpieczna część dnia. W przypadku wywrotki nie będzie możliwości dopłynięcia do brzegu. W oddali, blisko drugiego brzegu majaczą duże góry lodowe. Wydaje mi się, że gdy do nich dopłynę, to będę już blisko brzegu, ale to pobożne życzenie. Nadal jest daleko. Lodowiec rośnie w oczach, słychać też coraz częściej jak się odłamują od niego kolejne fragmenty. Woda zmienia kolor – z turkusu w beżowe mleko. To również za sprawą potężnej rzeki, która wchodzi do morza całkiem niedaleko.
Wpływamy w lekką mgłę. Czekam na Adama, bo mgła może zgęstnieć i możemy się zgubić. Uczucie jest niesamowite.
Płynie się coraz trudniej – prąd od rzeki i lodowca robią swoje i coraz ciężej się wiosłuje. Włączam 4 bieg i na razie jest jeszcze znośnie.
Nadal jeszcze kawałek do lądu. Nie widzę Port Victor, co oznacza, że jest gdzieś za jakimś półwyspem. Czoło lodowca jest coraz większe. Pojawiają się długie, podłużne fale, które unoszą kajak i okoliczne góry lodowe. Idą bokiem do kajaka, więc trzeba uważać. Na szczęście jest głęboko więc fale się mocno nie wybrzuszają. Ale odczucie jest niesamowite – ciągłe wznoszenie i opadanie. Mijam rzekę, a ujście jest naprawdę potężne. Niesie ze sobą bardzo dużo wody stąd ten silny prąd. Myślałem już, że nigdy się nie przebiję przez ten prąd. Ręce zaczynają trochę boleć
Szukam miejsca do lądowania. Lodu jest naprawdę dużo i płynięcie dalej nie jest dobrym pomysłem. Trzeba się już mocno przedzierać, co chwilę małe góry lodowe się obracają. Na plaży u ujścia rzeki jest płasko nie licząc olbrzymiej ilości lodu na brzegu. Ale plaża kończy się sporym urwiskiem i jak przyjdzie tsunami z lodowca to nie będzie fajnie, bo zmyje nam kajaki do wody. A fale są coraz silniejsze.
Znajduję kawałek kamienistej plaży. Jest zasłana lodem, ale uznaję, że jestem w stanie na niej wylądować. Kajaki się następnie wniesie trochę wyżej. Lawiruję pomiędzy lodem, wreszcie jestem na pozycji do lądowania. Przyśpieszam gwałtownie, aby wbić się w plażę jak najdalej. Jestem już blisko kamieni i brył lodowych zaścielających brzeg, gdy przychodzi pierwsza fala. Zatapia mi cały przód kajaka, ale udaje mi się z tego wyjść bez wywrotki. Dotykam już dziobem kamieni, gdy przychodzi druga fala, która zatapia mi cały tył aż do siedzenia. Lód wali o burtę. Przez chwilę myślę, że mnie wywróci, ale podpieram się w ostatniej chwili wiosłem. Jestem na brzegu. Szybko wyskakuję z kajaka, aby go wyciągnąć wyżej, bo fala idzie jedna po drugiej. Lodowiec szaleje. Jak tylko wyciągnąłem kajak to zabieram się za odsuwanie lodu z plaży, aby Adam miał łatwiejsze wejście. Adam po chwili pojawia się i przybliża do plaży. Teraz czeka nas załadowanie kajaków i wniesienie ich wyżej powyżej linii działania fal. Po brzegu widać, że fale potrafią tu być wysokie na 2 metry. Znajdujemy fajne miejsce na rozbicie namiotu. Nic mi się nie chce. Jestem trochę zmęczony.