Dzień trzydziesty

Dzień trzydziesty

Dzień trzydziesty

Ilulissat

0 7-8 rano słońce praży już niemiłosiernie i jest bardzo wysoko nad horyzontem. To już jednak koniec midnight sun i słońca zacznie się chować poniżej horyzontu. jednym słowem nadciąga zima. Rano zaskakuje nas mgła – góry lodowe wyglądają przepięknie w oparach odchodzącej mgły. Powstają niezliczone lodowe wyspy.

Dzisiaj mamy przed sobą cały dzień leżakowania i nic nie robienia. Telefon do domu – już nie mogę się doczekać powrotu. Postanawiam jeszcze poszukać możliwości tańszego przepłynięcia fiordu. Idę do miasteczka, zachodzę tez do portu. Cena schodzi na 700 – 800 koron. No ale Adam mówi nie. Nie próbuję już więcej.

Wieczorem idę do miasteczka na zdjęcia. Porobić trochę architektury i takich tam. I też bardziej przyjrzeć się samemu miasteczku. Wieczorem oczywiście jestem na lodowcu na zdjęciach. Ale te same kadry już mnie nużą. Jest całkiem ładny zachód słońca – szkoda tylko, że słońce ginie za kolejną górka, na która już nie mam siły wejść.

Dzień dwudziesty dziewiąty

Dzień dwudziesty dziewiąty

Dzień dwudziesty dziewiąty

Ilulissat

Budzimy się wcześnie rano. Lekkie śniadanie (a jak 🙂 i ruszam do miasteczka do biura opłacić nasz pobyt na polu kempingowym. Co do samego pola, to jest to najtańsza opcja spania w Ilulissat. Oczywiście jeżeli znajdzie się miejsce na tyle płaskie, że można rozbić namiot. Nie jest to wcale łatwa sprawa. Można tez wypożyczyć namiot, który już stoi. Oczywiście wszystko słono kosztuje. Ale jest prysznic i kuchnia i gorąca woda. A to jest już coś.

Po drodze zachodzę do Brugsten po coś świeżego do jedzenia. mają tam taki szczególny rodzaj ciemnej bułki, który bardzo mi smakuje. A że nie miałem zbyt wielu okazji aby go kupić po drodze, to tutaj staram się korzystać Na oko schudłem już całkiem sporo. Spodnie spadają mi z tyłka i spokojnie mogę je ściągnąć nie rozpinając guzików i zamka. To jest duży plus takiego podróżowania. jestem ciekawy kiedy uda mi się odbudować wagę Inie żebym chciał to robić)? Po Himalajach zajęło mi to ¾ roku. Oby po Grenlandii trwało to dłużej, znacznie dłużej.

Opłacam nocleg. Czas poszukać opcji spędzenia czasu przez kolejne kilka dni. W pierwszej kolejności idę do biura podróży sprawdzić jak jest z promem do wyspę Disko. I tu pierwsze rozczarowanie – w jedną stronę bilety są, ale nie będziemy mieli jak wrócić. No chyba, że coś się zwolni, albo załatwimy sobie transport powrotny na własną rękę (trochę drożej). OK, to jest nadal opcja do przyjęcia. na wyspie jest lodowiec i taki super mikro klimat, więc może być ciekawie.

Wracam do naszego namiotu. Rozmawiam z Adamem co do dalszych planów. I tu drugie rozczarowanie – Adam nigdzie nie chce jechać. Okazuje się, że nie ma …kasy. I to pomimo tego, że się umawialiśmy przed wyjazdem na różne (nawet droższe aktywności). Oferuję pożyczkę z odroczoną spłata, ale nie. Uparł się i tyle. Jestem wkurzony – to jest łagodne słowo. Zaczynam rozważać inne rozwiązania – może byśmy popłynęli na drugą stronę fiordu i tam spędzili trzy dni? Jest to jakaś opcja, ale muszę sprawdzić u Silvia ile by taka wycieczka nas kosztowała i czy jest w ogóle możliwa. Tymczasem postanawiamy spędzić cały dzień na polu namiotowym i się trochę doprowadzić do porządku po kajakach – pranie, porządny prysznic, itp.

Wreszcie idę znowu do miasteczka – Silvia jest w stanie to załatwić za 800 – 1000 koron za rejs. Cena wydaje się OK. Ale Adam mówi nie. Przekleństwa cisną mi się na usta. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że trzeba było postawić na swoim i jechać samemu. I się nie przejmować czyimś spaniem czy jedzeniem. Jak się umawiamy, to się umawiamy.

Wpadamy do załogi Solanusa – umawiamy się na czwartek na wino, takie pożegnalne. Wobec sprzeciwu Adama postanawiamy iść wzdłuż wybrzeża na krótki jednodniowy trekking. Zaczniemy w piątek po spotkaniu z Solanusem. Wolałbym z tego względu spotkać się z środę, ale nie jest to możliwe.

Jestem tak wkuty, że idę wieczorem sam na zdjęcia. Postanawiam zejść nad samą taflę lodu – niżej, niż ostatnim razem. Znam już drogę, więc nie nastarcza mi to takich trudności jak ostatnio. Pogoda jest wspaniała. Ad tafli lodu bije niemiłosierny chłód. Od czasu do czasu słychać jak od majestatycznych gór lodowych odpadają kawałki lodu. Wtedy biorę statyw i w nogi – fala może mnie bowiem przykryć i porwać ze sobą. Spędzam bardzo miły czas na fotografowaniu.

Dzień dwudziesty ósmy

Dzień dwudziesty ósmy

Dzień dwudziesty ósmy

Atta – Ilulissat (kajaki)

Dzisiaj kończymy naszą kajakową przygodę. Ostatnie pakowanie i przy ciągle ładnej pogodzie wypływamy z naszej bazy do Ataa. Podróż zajmuje nam ok. 2 godzin. Kajaki były niesamowite. Obcowanie z naturą było to talk pełne jak nigdy dotąd. Już wiem, że wrócę na Grenlandię właśnie na kajaki aby znowu poczuć całkowite zespolenie z naturą. Jest cicho, nic nie mąci spokoju. Kajak leniwie przecina turkusową wodę. Wreszcie przybijamy do zatoki. Witają nas te same, trochę podupadłe budynki.

Postanawiamy się wykąpać w naszych skafandrach i ocenić zimno wody. Ja nic nie czuję, ale Adam mówi, że po kilku minutach już czuł wślizgujące się zimno. Kąpiel sprawa nam mnóstwo frajdy.

Okazuje się, że nie ma pewności, czy ktoś po nas dzisiaj przypłynie pomimo, iż tak się umawialiśmy. Coś więcej będzie wiadomo później – akurat zepsuło się radio i nie ma żadnego kontaktu z Ilulissat. Wpraszamy się zatem na jedzenie, bierzemy też prawdziwą kąpiel w gorącej wodzie pod prysznicem. Czuję się świeży jak nigdy dotąd.

Mamy dużo czasu. Adam idzie na ryby pożyczając błystkę i wędkę. Ja zajmuję się robieniem zdjęć i filmowaniem. Rozmawiam też z Marcusem – naszym kucharzem. Okazuje się, że ściągnęła go tutaj Silke – jego siostra. Pracuje tutaj trzy miesiące, a następnie wraca do domu w Niemczech.

Wreszcie przypływa pracownik Ilulissat na szybkiej łodzi motorowej. Okazuje się jednak, że nie może nas zabrać do Ilulissat. Nadal nie wiemy, czy dzisiaj wrócimy do miasteczka. W sumie, jeśliby zafundowali nocleg i jedzenie w Ataa to mogę tu zostać jeszcze jeden dzień. Ale fajnie byłoby wiedzieć co jest grane.

Po dwóch godzinach ostatecznie przypływa łódź – ta sama, która nas tutaj przywiozła. Pakujemy się zatem i rzucamy ostatnie spojrzenia na to przepiękne wybrzeże.

Podróż do Ilulissat trwa 4 godziny. Jest o wiele więcej gór lodowych niż w drodze do Ataa tak więc jest co fotografować i filmować. W miasteczku jesteśmy wieczorem. Postanawiamy skorzystać tym razem z pola namiotowego, a jutro zobaczymy gdzie możemy ruszyć dalej. Wstępnie w Polsce rozpatrywaliśmy wyspę Disko, trekking i ewentualnie drugi brzeg fiordu.

Udaje nam się dostać do kempingowej kuchni (oficjalnie nie mamy dostępu gdyż nie mamy klucza – zbyt późno przyszliśmy). Wygłodnieliśmy, więc z chęcią się zajadamy. Na zachód idziemy oczywiście na zdjęcia, pomimo, wydawałoby się niesprzyjającej pogody. Ale w fotografii nie ma niesprzyjającej pogody – jedynie co ogranicza to własne zdolności i wyobraźnia. Światło dopisuje. Uwielbiam to światło przechodzące z ostrego żółtego do pomarańczowego i ostatecznie do niebieskiego.

Po zdjęciach – do namiotu. Zakładam sobie mp3-kę na uszy i powoli zasypiam, gdy słyszę krzyki. Początkowo wydawało mi się, że przysnąłem, ale nie – krzyki są wyraźne. I to na pewno jest krzyk człowieka połączony z płaczem i szlochem. Szturcham Adama – on też to słyszy. Nieźle, pewnie coś się wydarzyło. Przypominam sobie, że tuż przed wejściem do namiotu zobaczyłem w oddali porzucony plecak. Wychylam z namiotu. Ale niczego nie widzę. Zaczynam się rozglądać. Krzyk jest wyraźny. Co pewien czas zanika, ale po chwili wraca z nową siłą. Już na 100% wiem, że krzyczy kobieta. No ładnie, myślę sobie, pewnie coś się stało. Wychodzę z namiotu,.ale nie mogę zlokalizować osoby, która krzyczy. Nagle kątem oka dostrzegam postać na grani wzgórz. Obserwuje przez chwilę i wygląda na to, że to właśnie ta osoba krzyczy. Dziwne. W dole widzi miasteczko, mogłaby zejść. Biorę aparat i zakładam obiektyw 300 mm. Widzę teraz tą postać wyraźnie. I po gestykulacji widać, że krzyczy i jest zdenerwowana. Postanawiam zadzwonić na policję. Odpalam telefon satelitarny – 112 tutaj jednak nie działa. Co robić? Nie uśmiecha mi się iść na grań – nawet ze statywem. Przypominam sobie, że mam ulotkę hotelu w Ilulissat – znajduję numer na recepcję i dzwonię. Opisuję sytuację i proszę, aby zadzwonili na policję i wysłali kogoś. Krzyki nie ustają. Ciarki przechodzą mi po plecach.

Po 10 minutach słyszę nadjeżdżający samochód. Wychodzę z namiotu i widzę – taksówkę. Po chwili przyjeżdża wóz patrolowi grenlandzkiej Policji. Chwilę wcześniej krzyki ustały, a postać z grani zniknęła. Opisuję policjantowi całą sytuację, pokazuję, gdzie widziałem postać. Spisuje moje dane i dziękuję za wrażliwości zawiadomienie. Okazuje się, że jest tutaj dużo osób mniej lub bardziej upośledzonych. I że takie rzeczy zdarzają się raz na jakiś czas. Przejedzie się zaraz do rodzin tych osób i sprawdzi czy wszystko jest OK. Mówi też, że mogą to być problemy z alkoholem. Ale moim zdaniem to chyba nie to – ta osoba zachowywała się zbyt trzeźwo jak na osobę po alkoholu. Widać to było w jej ruchach przez obiektyw.

Spełniwszy swój obywatelski obowiązek idę spać. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień.

Dzień dwudziesty ósmy

Dzień dwudziesty siódmy

Dzień dwudziesty siódmy

Atta (kajaki)

Plan był taki, aby rano wstać dosyć wcześnie, zjeść, spakować się i wio – na kajaki do Egri Glacier. Życie (a raczej natura) napisała jednak inny scenariusz. Budzę się o 7 – mgła jak cholera, poza tym pada. O 9 jest tak samo z tym że przestało padać.

W śpiworze jest mi ciepło, więc nie chce mi się wychodzić. Już tak nie marznę – nowa, prawie polarowa piżama dają radę i nawet śpię bez polara na górze. Cool. O 11 mgła nadal wisi, ale się trochę przejaśniło. Postanawiam wyjść na zdjęcia bo krajobraz robi się dobry dla czarno-bieli. Mgła to się obniża, to podnosić. Wrzucam na siebie rzeczy i zaczynam robić zdjęcia. Wracam do namiotu jeszcze dwa razy po jakieś fotograficzne wyposażenie – trochę to męczące tak biegać w tą i z powrotem, ale myślenie (a raczej jego brak) kosztuje 🙂 Jest fajnie – wypstrykałam całą rolkę Scali.. W mgle góry lodowe i wybrzeże wyglądają naprawdę pięknie. Światło jest mocno rozproszone i kontrastów prawie wcale nie ma. Mgła nadal nie wie, co ze sobą zrobić. Widoczne są coraz to dalsze zakątki zatoki. Wszystko wydaje się takie leniwe. W tych warunkach pojawia się łódź – jakaś torpeda chyba o niezwykle smukłej sylwetce. Wygląda kosmicznie. Akurat mam cyfrę na statywie więc kręcę film i robię kilka zdjęć. Mgła powoli ustępuje, więc postanawiamy ruszyć w dalszą podróż. Jest już 12, więc musimy się trochę pospieszyć, aby o zachodzie spokojnie być już we właściwym miejscu.

Pakowanie jest koszmarem i cieszę się, że przyjdą niedługo takie dni, w których nie będę się musiał pakować. Śniadanie nie powala z nóg – znowu płatki, ale coś zjeść trzeba. Kajaki są oddalone od bazy, więc trzeba to wszystko przenieść.

Aby uniknąć niespodzianek asekuruję Adama i lekko go wypycham. Następnie wsiadam do swojego kajaka i już po chwili jestem na wodzie. Startowaliśmy ze skał, a nie z plaży, więc trochę trudnych momentów było. Sytuacja lodowa jest znacznie lepsza niż dwa dni temu – jest dużo wody bez lodu. Wychodzi nawet słońce i robi się przyjemnie. Po chwili wpadam w swój rytm na kajaku. Potrafię wiosłować godzinę bez postoju. Ręce wcale mnie nie bolą, kombinezon chłodzi lub ociepla kiedy jest taka potrzeba. Bardzo polubiłem to kajakowanie na Grenlandii.

Przed nami długo droga – trawers do lodowca koło Port Victor. Na szczęście nie ma wiatru i morze jest spokojne. Wychodzę zza klifu – mewy podrywają się ze skał i krążą nade mną krzycząc przeraźliwie. Aha, myślę sobie, gdzieś tutaj musi być gniazdo. I rzeczywiście jest – siedzą sobie w nim młode i przypatrują mi się swoimi wielkimi oczami. Aby ich nie niepokoić znikam po chwili w oddali. Zbliżamy się do olbrzymich gór lodowych, przy których robimy sobie zdjęcie. Płynie się dobrze, lekko i leniwie. Następnym razem na kajak biorę aparat odporny na wodę, aby mieć go stale przy sobie. To wyciąganie i wkładanie do wodoodpornych toreb jest męczące. Widać odległy brzeg – cel na dzisiejszy dzień. Wcale się nie przybliża pomimo rytmicznego wiosłowania. Opuszczamy już wyspę i trawersujemy. Jest to najbardziej niebezpieczna część dnia. W przypadku wywrotki nie będzie możliwości dopłynięcia do brzegu. W oddali, blisko drugiego brzegu majaczą duże góry lodowe. Wydaje mi się, że gdy do nich dopłynę, to będę już blisko brzegu, ale to pobożne życzenie. Nadal jest daleko. Lodowiec rośnie w oczach, słychać też coraz częściej jak się odłamują od niego kolejne fragmenty. Woda zmienia kolor – z turkusu w beżowe mleko. To również za sprawą potężnej rzeki, która wchodzi do morza całkiem niedaleko.

Wpływamy w lekką mgłę. Czekam na Adama, bo mgła może zgęstnieć i możemy się zgubić. Uczucie jest niesamowite.

Płynie się coraz trudniej – prąd od rzeki i lodowca robią swoje i coraz ciężej się wiosłuje. Włączam 4 bieg i na razie jest jeszcze znośnie.

Nadal jeszcze kawałek do lądu. Nie widzę Port Victor, co oznacza, że jest gdzieś za jakimś półwyspem. Czoło lodowca jest coraz większe. Pojawiają się długie, podłużne fale, które unoszą kajak i okoliczne góry lodowe. Idą bokiem do kajaka, więc trzeba uważać. Na szczęście jest głęboko więc fale się mocno nie wybrzuszają. Ale odczucie jest niesamowite – ciągłe wznoszenie i opadanie. Mijam rzekę, a ujście jest naprawdę potężne. Niesie ze sobą bardzo dużo wody stąd ten silny prąd. Myślałem już, że nigdy się nie przebiję przez ten prąd. Ręce zaczynają trochę boleć

Szukam miejsca do lądowania. Lodu jest naprawdę dużo i płynięcie dalej nie jest dobrym pomysłem. Trzeba się już mocno przedzierać, co chwilę małe góry lodowe się obracają. Na plaży u ujścia rzeki jest płasko nie licząc olbrzymiej ilości lodu na brzegu. Ale plaża kończy się sporym urwiskiem i jak przyjdzie tsunami z lodowca to nie będzie fajnie, bo zmyje nam kajaki do wody. A fale są coraz silniejsze.

Znajduję kawałek kamienistej plaży. Jest zasłana lodem, ale uznaję, że jestem w stanie na niej wylądować. Kajaki się następnie wniesie trochę wyżej. Lawiruję pomiędzy lodem, wreszcie jestem na pozycji do lądowania. Przyśpieszam gwałtownie, aby wbić się w plażę jak najdalej. Jestem już blisko kamieni i brył lodowych zaścielających brzeg, gdy przychodzi pierwsza fala. Zatapia mi cały przód kajaka, ale udaje mi się z tego wyjść bez wywrotki. Dotykam już dziobem kamieni, gdy przychodzi druga fala, która zatapia mi cały tył aż do siedzenia. Lód wali o burtę. Przez chwilę myślę, że mnie wywróci, ale podpieram się w ostatniej chwili wiosłem. Jestem na brzegu. Szybko wyskakuję z kajaka, aby go wyciągnąć wyżej, bo fala idzie jedna po drugiej. Lodowiec szaleje. Jak tylko wyciągnąłem kajak to zabieram się za odsuwanie lodu z plaży, aby Adam miał łatwiejsze wejście. Adam po chwili pojawia się i przybliża do plaży. Teraz czeka nas załadowanie kajaków i wniesienie ich wyżej powyżej linii działania fal. Po brzegu widać, że fale potrafią tu być wysokie na 2 metry. Znajdujemy fajne miejsce na rozbicie namiotu. Nic mi się nie chce. Jestem trochę zmęczony.

Wreszcie docieram do wyspy. Ląduje na szerokiej plaży pomimo prądu i początkowych trudności. Idę rozejrzeć się na miejsce pod namiot. Znajduje takie. Jest również mała zatoczka bliżej miejsca rozbicia namiotu, więc jak Adam dociera to wskakuję w kajak i przepływam do tej zatoczki. Adam dociera po chwili. Nadal cisza między nami.

Kamienie tutaj są niesamowite i mają cudowne wzory. Zajmę się nimi później.

Następuje to co zwykle – rozpakowanie kajaków, wniesienie ich wyżej, rozbicie namiotu. Trochę odpoczywam, po czym zabieram sprzęt i idę na zdjęcia. Światło jest fajne, motywów mnóstwo. Jestem spełniony. Cały czas jestem sam, co mi bardzo odpowiada, bo lubię fotografować sam. To jest cudowne uczucie.

Znajduje małe jeziorko – staw (większe kałuże) z kwiatami. W tle góry lodowe oświetlone pięknym światłem. Płoszę dwie „kuropatwy”. Odkrywam górę lodową z dziurą przez którą widać płynący statek. Fajnie to wygląda. Po zachodzie wolno wracam do namiotu. Myślę, że Adam jest gdzieś w pobliżu i trochę czekam na niego. Nadal robię zdjęcia. Wreszcie wracam do namiotu. Po drodze o mało co nie wpadam do wody – poślizgnąłem się na skale i było blisko upadku.