Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty szósty

Atta (kajaki)

Plan był taki, aby rano wstać dosyć wcześnie, zjeść, spakować się i wio – na kajaki do Egri Glacier. Życie (a raczej natura) napisała jednak inny scenariusz. Budzę się o 7 – mgła jak cholera, poza tym pada. O 9 jest tak samo z tym że przestało padać.

W śpiworze jest mi ciepło, więc nie chce mi się wychodzić. Już tak nie marznę – nowa, prawie polarowa piżama dają radę i nawet śpię bez polara na górze. Cool. O 11 mgła nadal wisi, ale się trochę przejaśniło. Postanawiam wyjść na zdjęcia bo krajobraz robi się dobry dla czarno-bieli. Mgła to się obniża, to podnosić. Wrzucam na siebie rzeczy i zaczynam robić zdjęcia. Wracam do namiotu jeszcze dwa razy po jakieś fotograficzne wyposażenie – trochę to męczące tak biegać w tą i z powrotem, ale myślenie (a raczej jego brak) kosztuje 🙂 Jest fajnie – wypstrykałam całą rolkę Scali.. W mgle góry lodowe i wybrzeże wyglądają naprawdę pięknie. Światło jest mocno rozproszone i kontrastów prawie wcale nie ma. Mgła nadal nie wie, co ze sobą zrobić. Widoczne są coraz to dalsze zakątki zatoki. Wszystko wydaje się takie leniwe. W tych warunkach pojawia się łódź – jakaś torpeda chyba o niezwykle smukłej sylwetce. Wygląda kosmicznie. Akurat mam cyfrę na statywie więc kręcę film i robię kilka zdjęć. Mgła powoli ustępuje, więc postanawiamy ruszyć w dalszą podróż. Jest już 12, więc musimy się trochę pospieszyć, aby o zachodzie spokojnie być już we właściwym miejscu.

Pakowanie jest koszmarem i cieszę się, że przyjdą niedługo takie dni, w których nie będę się musiał pakować. Śniadanie nie powala z nóg – znowu płatki, ale coś zjeść trzeba. Kajaki są oddalone od bazy, więc trzeba to wszystko przenieść.

Aby uniknąć niespodzianek asekuruję Adama i lekko go wypycham. Następnie wsiadam do swojego kajaka i już po chwili jestem na wodzie. Startowaliśmy ze skał, a nie z plaży, więc trochę trudnych momentów było. Sytuacja lodowa jest znacznie lepsza niż dwa dni temu – jest dużo wody bez lodu. Wychodzi nawet słońce i robi się przyjemnie. Po chwili wpadam w swój rytm na kajaku. Potrafię wiosłować godzinę bez postoju. Ręce wcale mnie nie bolą, kombinezon chłodzi lub ociepla kiedy jest taka potrzeba. Bardzo polubiłem to kajakowanie na Grenlandii.

Przed nami długo droga – trawers do lodowca koło Port Victor. Na szczęście nie ma wiatru i morze jest spokojne. Wychodzę zza klifu – mewy podrywają się ze skał i krążą nade mną krzycząc przeraźliwie. Aha, myślę sobie, gdzieś tutaj musi być gniazdo. I rzeczywiście jest – siedzą sobie w nim młode i przypatrują mi się swoimi wielkimi oczami. Aby ich nie niepokoić znikam po chwili w oddali. Zbliżamy się do olbrzymich gór lodowych, przy których robimy sobie zdjęcie. Płynie się dobrze, lekko i leniwie. Następnym razem na kajak biorę aparat odporny na wodę, aby mieć go stale przy sobie. To wyciąganie i wkładanie do wodoodpornych toreb jest męczące. Widać odległy brzeg – cel na dzisiejszy dzień. Wcale się nie przybliża pomimo rytmicznego wiosłowania. Opuszczamy już wyspę i trawersujemy. Jest to najbardziej niebezpieczna część dnia. W przypadku wywrotki nie będzie możliwości dopłynięcia do brzegu. W oddali, blisko drugiego brzegu majaczą duże góry lodowe. Wydaje mi się, że gdy do nich dopłynę, to będę już blisko brzegu, ale to pobożne życzenie. Nadal jest daleko. Lodowiec rośnie w oczach, słychać też coraz częściej jak się odłamują od niego kolejne fragmenty. Woda zmienia kolor – z turkusu w beżowe mleko. To również za sprawą potężnej rzeki, która wchodzi do morza całkiem niedaleko.

Wpływamy w lekką mgłę. Czekam na Adama, bo mgła może zgęstnieć i możemy się zgubić. Uczucie jest niesamowite.

Płynie się coraz trudniej – prąd od rzeki i lodowca robią swoje i coraz ciężej się wiosłuje. Włączam 4 bieg i na razie jest jeszcze znośnie.

Nadal jeszcze kawałek do lądu. Nie widzę Port Victor, co oznacza, że jest gdzieś za jakimś półwyspem. Czoło lodowca jest coraz większe. Pojawiają się długie, podłużne fale, które unoszą kajak i okoliczne góry lodowe. Idą bokiem do kajaka, więc trzeba uważać. Na szczęście jest głęboko więc fale się mocno nie wybrzuszają. Ale odczucie jest niesamowite – ciągłe wznoszenie i opadanie. Mijam rzekę, a ujście jest naprawdę potężne. Niesie ze sobą bardzo dużo wody stąd ten silny prąd. Myślałem już, że nigdy się nie przebiję przez ten prąd. Ręce zaczynają trochę boleć

Szukam miejsca do lądowania. Lodu jest naprawdę dużo i płynięcie dalej nie jest dobrym pomysłem. Trzeba się już mocno przedzierać, co chwilę małe góry lodowe się obracają. Na plaży u ujścia rzeki jest płasko nie licząc olbrzymiej ilości lodu na brzegu. Ale plaża kończy się sporym urwiskiem i jak przyjdzie tsunami z lodowca to nie będzie fajnie, bo zmyje nam kajaki do wody. A fale są coraz silniejsze.

Znajduję kawałek kamienistej plaży. Jest zasłana lodem, ale uznaję, że jestem w stanie na niej wylądować. Kajaki się następnie wniesie trochę wyżej. Lawiruję pomiędzy lodem, wreszcie jestem na pozycji do lądowania. Przyśpieszam gwałtownie, aby wbić się w plażę jak najdalej. Jestem już blisko kamieni i brył lodowych zaścielających brzeg, gdy przychodzi pierwsza fala. Zatapia mi cały przód kajaka, ale udaje mi się z tego wyjść bez wywrotki. Dotykam już dziobem kamieni, gdy przychodzi druga fala, która zatapia mi cały tył aż do siedzenia. Lód wali o burtę. Przez chwilę myślę, że mnie wywróci, ale podpieram się w ostatniej chwili wiosłem. Jestem na brzegu. Szybko wyskakuję z kajaka, aby go wyciągnąć wyżej, bo fala idzie jedna po drugiej. Lodowiec szaleje. Jak tylko wyciągnąłem kajak to zabieram się za odsuwanie lodu z plaży, aby Adam miał łatwiejsze wejście. Adam po chwili pojawia się i przybliża do plaży. Teraz czeka nas załadowanie kajaków i wniesienie ich wyżej powyżej linii działania fal. Po brzegu widać, że fale potrafią tu być wysokie na 2 metry. Znajdujemy fajne miejsce na rozbicie namiotu. Nic mi się nie chce. Jestem trochę zmęczony.

Wreszcie stawiamy namiot. Jest już późno i niedługo zacznie się spektakl na niebie. Postanawiamy wcześniej coś zjeść. Niestety pomimo wielu prób maszynka nie chce odpalić. Czyścimy, sprawdzamy, ale nic z tego. W oczy zagląda nam widmo głodu, gdyż praktycznie całe jedzenie jest oparte na wrzątku. Dzielę się z Adamem małą puszką makreli, ale to wszystko co mam do jedzenia. Myśl o jedzeniu zastępuję fotografią. Jest naprawdę fajne światło, inna sceneria. Schodzę na plaże i robię nawet takie pseudo macro. Niestety tam zszedłem zbyt późno. Postanawiam poczekać, aż słońce się znowu pojawi zza chmur i wzgórz, czyli za kilka godzin. Ostatecznie jednak zmęczenie robi swoje i kładę się spać. Wiem, że nie wstanę z rana. Jutro będzie ciężki dzień. Nim zasypiam znowu pojawia się lisek. Ale nawet nie chce mi się wyglądać z namiotu. Jest w miarę ciepło, choć czuć chłód bijący od ton leżącego wokół lodu.

Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty piąty

Dzień dwudziesty piąty

Atta (kajaki)

Nie zasnęliśmy jeszcze, gdy słyszę jakieś chrobotanie. Coś jest w pobliżu i dobiera się do naszego jedzenia. Rozsuwam zamek i widzę małego, brązowego lisa polarnego oddalającego się od naszego namiotu. Spłoszyliśmy go naszą rozmową. Ale po chwili lisek wraca i manifestując swoją odwagę maszeruje niedaleko naszego namiotu. Po kilkudziesięciu sekundach niknie za pobliskim pagórkiem. Może się tak na niego zaczaić z aparatem? Tym razem idziemy spać. Nie mamy siły.

Wita nas słońce przebijające się przez chmury. Wstaliśmy późno bo i tak dzisiaj nigdzie nie płyniemy. Znowu powtarzają się rytuały z dnia poprzedniego. Topienie lodu, jedzenie. Postanawiam się jednak wykąpać, bo po raz ostatni kąpałem się cały w Nuuk. Gotuję sobie zatem dwie menażki wody, dodaję lód i dalej. Sprawia mi to wielką przyjemność. Wreszcie czuję się czysty. Dodatkowo robię pranie bielizny i skarpet co dopełnia moje czyścicielskie zapędy. Prawie jak w domu :-).

Tak nam mija popołudnie.

Wreszcie się zbieramy i idziemy na odległy półwysep mając nadzieję, że będziemy bliżej lodowca i zmienimy kąt do zdjęć.

Droga jest długa – zajmuje nam około 2h w jedną stronę. Nie ma ścieżki – sami musimy sobie wyznaczać trasę. Przy brzegu lód dosyć szybko się przemieszcza – rzeczywiście prądy są tutaj bardzo silne. Sytuacja lodowa ciągle się zmienia – czasami powstają korytarze wolne od lodu.

Szybko się rozdzielamy i każdy z nas idzie swoim tempem i torem. Wypatruję fajną, małą plażę i trochę skuszony lodem do ssania schodzę na nią. Od razu w głowie powstaje szereg kadrów i zabieram się za fotografowanie. Lubię fotografować w samotności (jeśli chodzi o sam akt!). Po około 2h docieramy wreszcie do celu. Mamy jeszcze sporo czasu, ale zaplanowaliśmy tu też nasz obiad stąd tachaliśmy garnki i palnik ze sobą. Postanawiamy jednak dać sobie jeszcze trochę luzu. Jeśli teraz zjemy to później będzie głód. W oddali połyskuje czoło lodowca. Od czasu do czasu coś się od niego odrywa i z hukiem wpada do wody. Bardziej to jednak słyszymy niż widzimy, bo ciągle jeszcze jesteśmy trochę za daleko.

Tak mija nam godzina. Zabieramy się za obiad. Znowu to suche jedzenie! Mam już go po dziurki w nosie. Z chęcią nie będę go tykał przez następne 2 lata. Dopełnieniem obiadu jest oczywiście herbata. Mamy jeszcze kilka torebek z Nuuk i mają one dla nas ogromną wartość. Takie małe rzeczy, a jak cieszą.

Siedzimy sobie na kamieniach wyszlifowanych przez fale. Są idealnie gładkie. Trwa przypływ i coraz więcej ich znika pod powierzchnią wody. A woda znów turkusowa. Tylko wszędobylski lód otrzeźwia i informuje, że coś musi być nie tak z temperaturą tej wody. Ach, znowu chciałbym się wykąpać.

Zaczynamy intensywnie fotografować. W oddali pojawia się kuter. Adam kręci Nikonem film i wychodzi bardzo fajnie. Chyba polują na foki, bo jakoś tak dziwnie płyną.

Jesteśmy trochę rozczarowani lodowcem – myśleliśmy że będziemy jednak znacznie bliżej jego czoła. Wracamy. Droga o dziwo wcale się nie dłuży. W międzyczasie nadchodzą chmury, które przykrywają niebo kołderką. Światło gaśnie, a słońce wraz z nim. Robi się zimniej i bardziej mrocznie. A my sami z przyrodą, wokół nie ma żywego ducha. Nocne Polaków rozmowy trwają w nieskończoność. Wreszcie czas pójść spać.

Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty czwarty

Dzień dwudziesty czwarty

Atta (kajaki)

Wiosłujemy w ciszy i spokoju. Powoli słońce zaczyna oświetlać najwyższe wierzchołki otaczających nas gór. Wszędzie pionowe skały – nie da się zacumować, o bezpiecznym zejściu na brzeg nie wspominając. Modlę się zatem, aby za najbliższym cyplem była plaża nadająca się na lądowanie. Do tej pory bowiem, po 3 godzinach wiosłowania nigdzie nie znaleźliśmy takiego miejsca.

Moje modlitwy zostały wysłuchane. Jest kamienista plaża, z której roztacza się niesamowity widok na drugi brzeg i mnóstwo gór lodowych. gdzieś tam w oddali błyszczy lądolód. Ląduję bez zastanowienia. Wyskakuję z kajaka. Jest mi cieplutko w kombinezonie – ani za gorąco ani za chłodno. Aczkolwiek jak tylko wychodzę z kajaka i przestaję wiosłować to czuję lekki chłód. Wyciągam więc polara i jest już ok. Szybko wyciągam sprzęt fotograficzny. Zaczyna się show na górach lodowych. Adam przybija do brzegu z pytaniem po co tu lądujemy. Zaiste zadziwia mnie czasami jego podejście do światła i potencjalnego fotografowania. Przyjmuje moją teorię i po chwili sam wypakowuje sprzęt z kajaka.

Góry lodowe są powoli oświetlane ciepłym światłem podnoszącego się słońca. Jesteśmy w najlepszym kącie do wykorzystywania polara. Dwoję się i troję. Wreszcie show się kończy. Czas podjąć decyzję co dalej. Postanawiamy rozbić obóz, przespać się trochę i po południu ruszyć na wyspę dalej na północ. Droga nie powinna zająć nam zbyt dużo czasu. Wynosimy zatem kajaki wyżej, rozbijamy namiot i oddaję się w objęcia Morfeusza. Plaża jest mocno kamienista i wcale nie taka szeroka. Kończy się potężną pionową ścianą.

Budzi mnie oczywiście gorąco w namiocie. Nie idzie wytrzymać. I to jest Grenlandia? Brak wiatru robi swoje i namiot bardzo szybko się nagrzewa. Pora zatem coś zjeść z pyszności, które przyszły paczką. Wybieram spaghetti – powinno mi dać dużo sił na wiosłowanie. To w końcu ponad 700 kcal na paczkę. Więcej nie będzie.

Po tak sytym posiłku czas zadzwonić do domu. Niestety nie udaje mi się to. Postanawiam zatem zsunąć kajak niżej, aby go było łatwo ładować. Tracę jednak nad tym kontrolę i kajak zsuwa się 20m w dół po kamieniach i wpada rozpędzony do wody. PO chwili jest już trzy metry od brzegu. Zaczynam ubierać kombinezon, aby wsiąść do kajak Adama i przyholować swój. Wtedy dzwoni Żona. Widzę też, że kajak postanowił się zrehabilitować za taki niecny postępek i przypływa sam do brzegu wraz z falą przypływu. Jest ok. Pakujemy się i wypływamy. Jest coraz więcej gór i drobnego lodu. Trzeba uważać, bo kajaki to nie lodołamacze. Kilka razy się nie wyrabiam i trzaskam dziobem jakąś małą górkę. Na szczęście bez negatywnych konsekwencji dla mnie i kajaka. Powoli wpływamy w pole lodowe w którym z rzadka można znaleźć wodę. Robi się niebezpiecznie. Za to większe zlodzenie odpowiada drugi z okolicznych lodowców i silne prądy. Silke przestrzegała nas przed tymi prądami. Zmieniamy więc zatem nasze plany i kierujemy się na drugą wyspę co pozwoli nam uniknąć tych prądów i silnego zlodzenia. Ale i tak ostatnie 600m to istny slalom na wstecznym. Bardzo trudno się płynie, trzeba przechodzić bardzo blisko gór lodowych co wiąże się z ryzykiem. Jest mnóstwo drobnego lodu. W tym wszystkim wypatruje miejsca do lądowania. Nie powiem – nie jest zachwycające. Wreszcie przybijam jednak do brzegu i rozpędzony wchodzę na skały. Wychodzę z kajaka i idę zobaczyć, czy znajdziemy jakieś miejsce na namiot i jak wygląda sytuacja. Miejsce jest fantastyczne. Widać stąd drugi lodowiec. Z okolicznej górki rozciąga się przepiękna panorama gór, wody i lodu. Przybija Adam i zamiast się rozpędzić lekko przybija do skał. Chcę go wyciągnąć, ale on zamiast poczekać zaczyna wychodzić z kajaka, gdy kajak w ¾ stoi jeszcze w wodzie. Skutków można się domyślać. Po chwili lekko pokrzykując jest już w wodzie, a tył kajaka nabiera wody. Jeden but cały mokry. Na szczęście skończyło się tylko na kilku niecenzuralnych słowach 🙂

Rozbijamy namiot i robimy sobie kolację. Nie ma bieżącej wody stąd bierzemy lód z plaży i topimy. Taka woda nie jest wcale aż taka dobra. Ale innej nie ma. Idę na zdjęcia na pobliski pagórek. Znowu światło i chmury dają show więc jestem bardzo zadowolony. Adam dołącza później – przemógł się do chodzenia w mokrym bucie. Dla mnie nie miałoby to znaczenia. I tak bym poszedł na zdjęcia. Postanawiamy zmienić nieco plany i zostać jeden dzień na wyspie podchodząc do drugiego lodowca.

Po przesuwającym się lodzie widać, że są tam bardzo silne prądy i zapuszczanie się tam kajakiem byłoby trudne. Tak wiec pójdziemy pieszo do widocznego w oddali cypla.

Zachód trwa kilka godzin. Fotograficzne jestem wykończony :-).

Idziemy spać.

Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty trzeci

Dzień dwudziesty trzeci

Ilulissat – Atta – kajaki

Rano nie chce się wstawać. Po mgle ani śladu, znowu słońce praży. Idę się umyć do okolicznego jeziorka. Jestem odsłonięty jak na tarczy strzelniczej, a zachciało mi się prysznica :-). Na szczęście o tej porze turyści jeszcze jedzą śniadanie. W spokoju biorę “prysznic” polewając się z menażki zimną wodą. Ma kilka stopni, więc nie jest zbyt przyjemnie. Ale za to jakie widoki – niedaleko wystaje szczyt potężnej góry lodowej.

Wkrótce pojawiają się pierwsi turyści, którzy trochę nas traktują jak ciekawostkę turystyczną. Któryś z przewodników zwraca nam uwagę, że nie możemy się tu rozbijać, ale był w błędzie. Jak najbardziej jest to legalne.

Śniadanie to niekończące się płatki śniadaniowe (dwie paczki) zalane wrzątkiem. Nasza maszynka jest bardzo sprawna i dzielnie nam służy. Jedzenie jest już bardzo monotonne, więc każdą możliwość odmiany witam z nieukrywanym szczęściem. To pokazuje jak jesteśmy wrośnięci w nasze codzienne życie i ile różnorodnych, na co dzień niedocenianych, rzeczy nas otacza. Weźmy sobie np. takie ziemniaki. Jezu, dużo bym dał, żeby sobie zrobić ziemniaki z sadzonym jajkiem i fasolką szparagową. Choćby na śniadanie.

Szybka wycieczka do miasta na telefon do Żony. Później zwijamy obóz, idziemy do Silvera, aby się przepakować na kajaki i mieć to z głowy. Mamy ruszyć o 16:00 co oznacza, że stracimy pół dnia – mieliśmy ruszyć z samego rana, co dałoby nam więcej czasu na miejscu. Trudno. Podobno zepsuła im się łódź i stąd te problemy. Przepakowanie się zajmuje nam chwilę. Jesteśmy w tym coraz lepsi. Niby nie musimy wszystkiego nosić na własnym grzbiecie tym razem, ale pojemność kajaków jest ograniczona. Poza tym, jak będą zbyt ciężkie to fala nam będzie zalewała kokpit. A to już nie będzie fajne. Więc znowu staramy się ograniczyć rzeczy do minimum. Zabieram dwie dodatkowe porcje żywności – nigdy nie wiadomo. Mam trochę stracha przed tymi kajakami.

Idziemy na jacht zrealizować zaproszenie na zupę rybną. Trochę wcześniej, licząc jeszcze na dobrą kawę :-). Tej nigdy nie za wiele.

Jacht jest duży. Stalowy. Wygląda na solidny. Poznajemy załogę – kpt. Bronisława Radlińskiego, Romana Nowaka, Witolda Kantaka oraz Jacka Mrowickiego i Monikę Witkowską. Są bardzo otwarci – częstują nas czym chata bogata. Dużo rozmawiamy – wypytujemy się przede wszystkim o rejs )przejście północno-zachodnie). Dostajemy upragnioną kawę. Takie chwile w podróży są bardzo przyjemne :-). No i porozmawiać z kimś po Polsku na takim wygnajewie – bezcenne. Okazuje się, jachtem zamierzają opłynąć obie Ameryki. Płyną już od 16 maja 2010, a cała podróż jest obliczona na 1,5 roku. Stałą załogę tworzy 3-ka z nich, reszta to dochodzący. Bardzo miło nam się rozmawia. Trochę im zazdroszczę – zobaczą taki kawałek świata. Z drugiej jednak strony mnie by raczej ciągnęło do tych portów i mijanych krajobrazów. Płynięcie dla samego płynięcia (i opłynięcia) jakoś mnie nie podnieca. No ale trasa arcyciekawa.

Dostajemy też zupę rybną – jest naprawdę bardzo dobra. Po prostu niebo w gębie po tych wszystkich suszkach zalewanych wrzątkiem.

O 16 dziękujemy za gościnę – idziemy do Silvera. Mamy się zaokrętować na łódź do Ataa. Opóźnienie 15 minut. Wreszcie wsiadamy do busa i po chwili jesteśmy już na pokładzie M/S Moje. Przed nami 3 h podróży do Ataa. Pogoda jest dobra, świeci słońce. Wszędzie wokół mnóstwo gór lodowych. Oglądam je z zaciekawieniem. Dwa razy się przewróciły o 180 stopni – wrażenia są niesamowite. Jeśli jesteś blisko kajakiem to chlup – i Ciebie nie ma. W środku jest ciepło i przytulnie nie dziwota zatem, że trochę przysypiamy. Na szczęście jest kawa i herbata więc można się trochę wzmocnić. 3h trochę się dłużą, ale wreszcie docieramy do Ataa. Jest po 19.

Ataa nie robi dobrego wrażenia – kilka rozpadających się budynków, stołówka i domek dla gości. Zostajemy o dziwo zaproszeni na darmową kolację – to chyba z powodu późnej pory i dlatego że przypłynęła z nami dwójka gości. Na starter – małże – nigdy ich nie jadłem z muszli, ale są ok. – nawet mi smakują – muszą być tylko dobrze wypłukane. Na główne – gulasz z wieloryba. Smakuje jak nasza wołowina. Jest z makaronem. Biorę dokładkę – bardzo mi smakuje. I na koniec ciasto. Gotuje Marcus – Niemiec, który przyjechał tutaj na 3 miesiące i później wraca do domu. Jego główne zajęcie to gotowanie dla gości, którzy odwiedzają Ataa i śpią w domku dla gości. Widoki są porażające, więc pracy z gośćmi jest wiele. Razem z nim w Ataa pracuje jego siostra – zajmuje się głównie kajakami.

Pomimo późnej pory postanawiamy wypłynąć jeszcze dzisiaj kajakami, aby nieco odrobić ten stracony dzień. Zabieramy się za załadowywanie kajaków. Mam y do swojej dyspozycji dla Kodiaki Priony – jedne z najlepszych kajaków morskich. Z dużą wypornością, co daje możliwość zapakowania dużej ilości ładunku. Tym ładunkiem jesteśmy my i nasz sprzęt na prawie tydzień pływania. Wszystko wkładam w wodoodporne worki, staram się właściwie rozłożyć ciężar w kajaku. Szczególną uwagę przypisuję do sprzętu – chciałbym go nadal móc używać.Nawet w przypadku wywrotki. Body z obiektywem chowam w worek wodoodporny i mocuję na zewnątrz – ten aparat będzie mi służył do robienia zdjęć z kajaka. Wszystko wchodzi do kajaka. Jeszcze tylko żelazne racje żywnościowe pod siatkę i możemy ruszać. Wbijam się w swój suchy kombinezon, który przyleciał tutaj z Polski. Pozwala mi na pływanie w tej zimniej wodzie przez około godzinę. Później śmierć z powodu hipotermii. Adam ma zwykły kombinezon piankowy dla płetwonurków. Chroni przed utratą zimną, ale nie jest chyba do końca wygodny do pływania w kajaku. Pływałem w takim kombinezonie w Nowej Zelandii i było tak sobie pod względem komfortu. Szczególnie, gdy zaświeciło słońce. No ale tam nie wpływaliśmy w wodzie, która potrafi zabić w 5 minut. Kołnierz kombinezonu nadal mnie uciska, więc zapowiada się jazda, to samo mankiety. Po prostu nie są jeszcze wyrobione. Ale i tak jest lepiej niż w momencie zakupu kombinezonu.

Po nałożeniu kombinezonu – chwila paniki. Jest mi strasznie gorąco. To chyba z przejęcia. Ale ja i tak wiem lepiej i zakładam, że się zapocę w kombinezonie i termoaktywnej bieliźnie. Zrzucam z siebie dolną część bielizny. Jest mi o niebo lepiej. Jeszcze kamizelka na górę i z duszą na ramieniu wsiadam do kajaka. Woda zimna – prawie zero stopni. Na początku o mało się nie wywracam. Czuję się trochę niestabilnie. Wypływamy. Żegnamy Ataa. Przed nami 6 dni przygody.

Jest już po 22 – zaczyna się długi zachód słońca. Wszystko wokół jest pięknie oświetlone. Powoli zaczynam się oswajać z kajakiem. Wiosłowanie idzie mi coraz lepiej i sprawniej. Do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić. Kajak sunie szybko. Pokonuję kolejne metry. Zaczynam się rozgrzewać. Już mi się podoba. Jestem ok. 500 metrów przed Adamem. Świat jest jak zaczarowany – nie ma wiatru, powierzchnia wody jest gładka jak po wylaniu oliwy. Wokół mnie olbrzymie góry lodowe, wysokie na dziesiątki metrów! No i ja w swojej łupince. Zółty kolor kajaku wyraźnie odcina się od turkusowej tafli wody. Dalekie brzegi oświetlone magicznym światłem. Tak musi wyglądać raj. Do tego niebieskie światło dominujące na górach lodowych. Czad. Czuję się fantastycznie i już się cieszę, że przygotowując wyprawę wybrałem właśnie kajaki. Zapowiada się niezła przygoda. Wiosłujemy dalej. Po prawej otwiera się przejście prowadzące do lodowca Eqi. My płyniemy dalej na północ. Robimy sobie zdjęcia na tle olbrzymiej góry lodowej. Jest tak wysoka, że muszę zadzierać głowę do góry. Nie podpływamy jednak zbyt blisko wiedząc co nas może czekać. Zresztą. Nawet gdyby się teraz przewróciła, to powstałe tsunami zmiotło by nas raz dwa. Po prostu dostalibyśmy albo samą falą, albo falą odbitą od niedalekiego brzegu. Brzeg jest pionowy, nie ma miejsca do lądowania.Więc efekt odbicia na pewno byłby silny. Pomimo takiego ryzyka jestem wniebowzięty.

Dzień dwudziesty szósty

Dzień dwudziesty drugi

Dzień dwudziesty drugi

Ilulissat

Wstaję trochę późno, ale czasu mam bardzo dużo. Jem śniadanie i idę do miasta. Umawiam się z Adamem, że będę o 18:30 w namiocie. Dzwonię do mojej ukochanej Żony, która wypoczywa na Isle of Wight :-). Okazało się, że utopiła wczoraj telefon w morzu i dlatego wczoraj nie było kontaktu. Ale teraz kontakt został już ponownie nawiązany. Bardzo się z tego cieszę bo bardzo za nimi tęsknię, a rozłąka bardzo dużo mnie kosztuje psychicznie. Wiem już też, że chciałbym tu z nimi przyjechać na kilka dni i pokazać choć cząstkę co sam widziałem. Już nie mogę się doczekać powrotu do domu, choć jeszcze tyle przygód przede mną.
Spaceruję sobie po mieście.

Na jego obrzeżach jest mnóstwo psów Husky. Ich ujadanie słychać nawet u nas w namiocie, a co dopiero w mieście. Miasteczko się rozbudowuje – to w końcu trzecie miasto na Grenlandii. Jest dużo samochodów, wszędzie wydaje się daleko. W porcie stoi szereg łódek przeróżnych rodzajów. Jest tu też jakiś duński okręt wojenny. Mnóstwo sklepów, część ewidentnie pod turystów. Cieszę się, że zakupy zrobiłem w Nuuk, bo tu i wybór mniejszy i ceny wyższe.

Postanawiam wrócić do naszej bazy żółtym szlakiem, który prowadzi wzdłuż gór i lodowca. Droga wije się wśród wzgórz. Mijam stary dom pokryty darnią – to w ten sposób kiedyś osadnicy chronili się przed zimnem. Po prawej stronie rozpościera się cudowny widok na zatokę Disko, odległą wyspę i setki gór lodowych błyszczących w popołudniowym słońcu. Eksploruję te tereny schodząc często ze szlaku. W ten sposób docieram do małej, piaszczystej plaży. Zejście jest trochę strome, ale w tych butach żaden stok nie jest wyzwaniem. Na plaży od czasu do czasu znak z ostrzeżeniem na fale tsunami z przewracających się gór lodowych. Widać, że fale wdzierają się na kilka metrów w głąb lądu i mają naprawdę dużą wysokość. W zasadzie znaki mówią, że nie powinienem na tej plaży w ogóle przebywać. Okoliczne skały odbijają się w idealnie spokojnej wodzie. Odbicie jest tak realne, że myślę, że to skała a nie woda. Nie zabrałem statywu na wycieczkę, więc teraz cierpię. Ale na szczęście w body mam rolkę Provii 100F, która jest czulsza od Velvii i pozwala mi zrobić zdjęcia z ręki. Wiem już gdzie przyjdę na zachód słońca.

Po dwugodzinnym zmaganiu na szlaku docieram do obozu. Adam ma już zdecydowanie lepszy humor :-).

W oddali na morzu widzę mgłę i wiem, że przyjdzie wieczorem nad ląd. Zapowiada się zatem ciekawy wieczór.

Jem posiłek i ruszam na wypatrzone wcześniej miejsce. Adam idzie w przeciwnym kierunku. Docieram na plażę, ale słońce już jest w innym położeniu i kadry nie są już tak dobre. Dobrze, że robiłem wcześniej zdjęcia. Wchodzę na pobliski szczyt na małym półwyspie. Kosztuje mnie to 45 minut, gdyż muszę szukać drogi wśród skał i urwisk. Często po pionowych skałach. Wreszcie docieram na górę. Widok jest bardzo ładny i otwiera się na prawo i lewo. Jest mi tak gorąco, że przez 10 min jestem nawet bez koszulki. Rozkładam sprzęt, przygotowuję się do zdjęć. Tak jak oczekiwałem mgła nadchodzi i zaczyna się spektakl. Naprawdę super miejsce wybrałem. Bardzo lubię fotografować w samotności. Mam wrażenie, że jestem wówczas bardziej kreatywny. Mgła nadchodzi dosyć szybko, więc po 30 min jestem już cały w mleku. Wcześniej słońce przebijało się przez nią tworząc niesamowite wzory na górach lodowych i morzu. Jestem więcej niż zadowolony.

Pakuję się i rozpoczynam karkołomną drogę powrotną ku głównemu szlakowi. Nie jest lekko, bo nie widzę ścieżki i muszę iść na wyczucie. Rezygnuję z wyboru tej samej drogi, którą tu przyszedłem. Skończyło by się upadkiem do wody z kilkunastu metrów. Nagle słyszę głos Adama, który mnie nawołuje. Schodzę ostatnie metry i spotykam już na szlaku Adama. Okazało się, że był na szlaku i spotkał grillujących Polaków. Załogę jachtu. Mamy zaproszenie na zupę rybną dnia następnego. Super. Idziemy powoli do naszego namiotu.

Mgła zaczyna się cofać, to opadać i robię jeszcze trochę zdjęć. Jestem zadowolony zdjęciowo, a jutro zaczyna się nasza kolejna przygoda. Idziemy spać.