Dzień trzydziesty piąty

Dzień trzydziesty piąty

Dzień trzydziesty piąty

Kopenhaga – Poznań (powrót)

Z naszych planów zwiedzania Kopenhagi nic nie wyszło. Po prostu spaliśmy w najlepsze i za nic nie chcieliśmy opuścić łóżek. A gdy już wstaliśmy było ewidentnie zbyt późno, aby się gdzieś wybierać. Zjedliśmy zatem pożywne śniadanie. Rzuciliśmy okiem na meile w komputerze hotelu i ruszyliśmy na lotnisko.

Tym razem nadbagażu nie było :-). Jakby nie było część rzeczy poleciała do domu paczką, a jedzenie zjedliśmy. Przyszły co prawda prezenty, ale udało się zmieścić w limicie. Uff…

Lot do Warszawy był krótki. Nie dostaliśmy nic do jedzenie tylko sok. A myślałem, że SAS to trochę lepsza linia. Bo że droższa od low-costów to oczywiste, ale serwis powinien być chyba lepszy?

W Warszawie na lotnisku chwila nerwowego oczekiwania na bagaż. Jest. Nie zgubili. I już jechaliśmy na dworzec PKP. Jeszcze trzy godziny w IC i wieczorem byliśmy w domu.

I tak się skończyła nasza wyprawa. Pozostały wspomnienia i zdjęcia.

Dzień trzydziesty czwarty

Dzień trzydziesty czwarty

Dzień trzydziesty czwarty

Ilulissat – Kopenhaga (powrót)

Budzimy się w namiocie – pada. Niech to szlag. Nasz ostatni dzień na wyspie i akurat musiało się rozpadać. Do schroniska mamy kilka godzin marszu. No i namiot będzie mokry – nie wiadomo, czy uda nam się go wysuszyć przed wylotem.

Jemy resztki na śniadanie i pakujemy się w środku namiotu. Pewnie każdy z nas już wyczekuje przylotu do domu. A przynajmniej ja strasznie wyczekuję tej chwili. Pogoda nie zapowiada już niczego dobrego. Dobrze w sumie, że nie było tak przez większość część naszego wyjazdu.

W padającym deszczu pakujemy namiot. jest cały mokry z zewnątrz. Zaczynamy drogę powrotną. Jest zimno, wietrznie i mokro. kamienie są śliskie, więc trzeba uważać. na dodatek przyszła mgła i widać tak na 100 metrów. Idziemy powoli. Deszcz omywa nasze twarze. Kurtka Milo daje jednak radę i w środku jestem suchy. Radzi sobie też dobrze z z odprowadzaniem potu, więc idzie mi się całkiem znośnie. Przekraczamy rzekę i zaczynamy podejście wzdłuż fiordu. Wreszcie jesteśmy na punkcie, w którym łączą się szlaki do miasteczka. rzucam ostatnie spojrzenia na góry lodowe w fiordzie i tą masę lodu. jestem oczarowany tym miejscem i na pewno tu wrócę już niebawem. Może zimą.

Chmury powoli ustępują i wygląda słońce. Docieramy wreszcie do schroniska. Na szczęście przytomnie zarezerwowaliśmy sobie spanie po przyjeździe do Ilulissat, więc nasz pokój czeka na nas gotowy. Wyposażenie jest spartańskie, ale innego wyboru nie ma. Okazuje się, że jest kotłownia, w której jest całkiem gorąco. Rozwieszamy tam namiot – powinien wyschnąć. Okazuje się też, że w tym roku było w schronisku kilka osób z Polski – w poprzednich nie było prawie nikogo. Czyżby Grenlandia wskoczyła na krótką listę celów podróży Polaków? W sumie nie jest tu aż tak trudno się dostać. Bilety można kupić po okazyjnych cenach. Faktem jest natomiast to, że jest tu drogo, a nawet bardzo drogo. A nie sposób wszystkiego przywieść ze sobą z Polski.

Aby uniknąć nadbagażu, część naszych rzeczy postanawiamy wysłać paczką do Polski. Koszt nie jest wysoki, a to pozwoli nam uniknąć ryzyka zapłaty za nadbagaż, co było dosyć bolesne przy locie na Grenlandię. Pakujemy zatem paczkę i zanosimy do Andrea – mają ją wysłać w następnym tygodniu. Żegnamy się z Silvio i z Andrea – bardzo nam pomogli.

Idziemy się także pożegnać z załogą Solanusa, który cały czas tkwi przy nabrzeżu portu. Dotarł jednak mechanik i obecnie trwają intensywne prace nad przywróceniem silnika do stanu używalności. Trzymamy kciuki za powodzenie dalszej części wyprawy.

Każdy z nas udaje się do miasteczka na ostatnie zakupy. Spotykamy się jeszcze na wspólnej kawie. jest zimno, ale w słońcu można wytrzymać. Myślami jestem już w domu, przy mojej rodzinie.

Bookuję sobie rejs o północy na statku. Chcę jeszcze raz rzucić okiem na fascynujące góry lodowe.

Zbliżą się wieczór, postanawiamy zatem wyjść na miasto z aparatami. Ostatni wieczór. Idzie mgła znad morza i może być piękny spektakl. Przeczuwając co się święci, zwalniam rezerwację i postanawiam zostać na brzegu ze sprzętem fotograficznym. Biorę kilka rolek Velvii. Fotografujemy. Jest OK, ale fajerwerków super nie ma.Kończą mi się rolki. Adam nie ma nic do pożyczenia, postanawiam zatem już wrócić do schroniska. Po drodze uznaję jednak, że warto poświęcić jednak ten ostatni wieczór na fotografowania. Biegnę zatem do schroniska po nowe rolki i z Adamem wracamy. Tym razem w nieco inne miejsce na wybrzeżu. Po drodze trochę się ze sobą posprzeczaliśmy. Zmęczenie daje już znać.

Powrót okazuje się strzałem w dziesiątkę. Nadchodzi mgła. Promienie niskiego słońca podświetlają mgłę na pomarańczowo. Polar wydobywa ze scen piękne kolory. Jestem w siódmym niebie. Dwoje się i troję. Szukam kadrów, naświetlam, eksperymentuje. Obok mnie jakiś Niemiec też fotografuje – słyszę, że idzie seria za serią. Musi mieć ustawiony braketing na pięć zdjęć. nie ma to jak przemyślana fotografia. Szkoda, że takich właśnie spektakli natura nie zafundowała nam więcej podczas naszej wyprawy. Zadowolony wracam do schroniska.

Dzień trzydziesty trzeci

Dzień trzydziesty trzeci

Dzień trzydziesty trzeci

Powrót do Ilulissat

Budzimy się w namiocie – pada. Niech to szlag. Nasz ostatni dzień na wyspie i akurat musiało się rozpadać. Do schroniska mamy kilka godzin marszu. No i namiot będzie mokry – nie wiadomo, czy uda nam się go wysuszyć przed wylotem.

Jemy resztki na śniadanie i pakujemy się w środku namiotu. Pewnie każdy z nas już wyczekuje przylotu do domu. A przynajmniej ja strasznie wyczekuję tej chwili. Pogoda nie zapowiada już niczego dobrego. Dobrze w sumie, że nie było tak przez większość część naszego wyjazdu.

W padającym deszczu pakujemy namiot. jest cały mokry z zewnątrz. Zaczynamy drogę powrotną. Jest zimno, wietrznie i mokro. kamienie są śliskie, więc trzeba uważać. na dodatek przyszła mgła i widać tak na 100 metrów. Idziemy powoli. Deszcz omywa nasze twarze. Kurtka Milo daje jednak radę i w środku jestem suchy. Radzi sobie też dobrze z z odprowadzaniem potu, więc idzie mi się całkiem znośnie. Przekraczamy rzekę i zaczynamy podejście wzdłuż fiordu. Wreszcie jesteśmy na punkcie, w którym łączą się szlaki do miasteczka. rzucam ostatnie spojrzenia na góry lodowe w fiordzie i tą masę lodu. jestem oczarowany tym miejscem i na pewno tu wrócę już niebawem. Może zimą.

Chmury powoli ustępują i wygląda słońce. Docieramy wreszcie do schroniska. Na szczęście przytomnie zarezerwowaliśmy sobie spanie po przyjeździe do Ilulissat, więc nasz pokój czeka na nas gotowy. Wyposażenie jest spartańskie, ale innego wyboru nie ma. Okazuje się, że jest kotłownia, w której jest całkiem gorąco. Rozwieszamy tam namiot – powinien wyschnąć. Okazuje się też, że w tym roku było w schronisku kilka osób z Polski – w poprzednich nie było prawie nikogo. Czyżby Grenlandia wskoczyła na krótką listę celów podróży Polaków? W sumie nie jest tu aż tak trudno się dostać. Bilety można kupić po okazyjnych cenach. Faktem jest natomiast to, że jest tu drogo, a nawet bardzo drogo. A nie sposób wszystkiego przywieść ze sobą z Polski.

Aby uniknąć nadbagażu, część naszych rzeczy postanawiamy wysłać paczką do Polski. Koszt nie jest wysoki, a to pozwoli nam uniknąć ryzyka zapłaty za nadbagaż, co było dosyć bolesne przy locie na Grenlandię. Pakujemy zatem paczkę i zanosimy do Andrea – mają ją wysłać w następnym tygodniu. Żegnamy się z Silvio i z Andrea – bardzo nam pomogli.

Idziemy się także pożegnać z załogą Solanusa, który cały czas tkwi przy nabrzeżu portu. Dotarł jednak mechanik i obecnie trwają intensywne prace nad przywróceniem silnika do stanu używalności. Trzymamy kciuki za powodzenie dalszej części wyprawy.

Każdy z nas udaje się do miasteczka na ostatnie zakupy. Spotykamy się jeszcze na wspólnej kawie. jest zimno, ale w słońcu można wytrzymać. Myślami jestem już w domu, przy mojej rodzinie.

Bookuję sobie rejs o północy na statku. Chcę jeszcze raz rzucić okiem na fascynujące góry lodowe.

Zbliżą się wieczór, postanawiamy zatem wyjść na miasto z aparatami. Ostatni wieczór. Idzie mgła znad morza i może być piękny spektakl. Przeczuwając co się święci, zwalniam rezerwację i postanawiam zostać na brzegu ze sprzętem fotograficznym. Biorę kilka rolek Velvii. Fotografujemy. Jest OK, ale fajerwerków super nie ma.Kończą mi się rolki. Adam nie ma nic do pożyczenia, postanawiam zatem już wrócić do schroniska. Po drodze uznaję jednak, że warto poświęcić jednak ten ostatni wieczór na fotografowania. Biegnę zatem do schroniska po nowe rolki i z Adamem wracamy. Tym razem w nieco inne miejsce na wybrzeżu. Po drodze trochę się ze sobą posprzeczaliśmy. Zmęczenie daje już znać.

Powrót okazuje się strzałem w dziesiątkę. Nadchodzi mgła. Promienie niskiego słońca podświetlają mgłę na pomarańczowo. Polar wydobywa ze scen piękne kolory. Jestem w siódmym niebie. Dwoje się i troję. Szukam kadrów, naświetlam, eksperymentuje. Obok mnie jakiś Niemiec też fotografuje – słyszę, że idzie seria za serią. Musi mieć ustawiony braketing na pięć zdjęć. nie ma to jak przemyślana fotografia. Szkoda, że takich właśnie spektakli natura nie zafundowała nam więcej podczas naszej wyprawy. Zadowolony wracam do schroniska.

Dzień trzydziesty czwarty

Dzień trzydziesty drugi

Dzień trzydziesty drugi

Okolice Ilulissat

Budzi nas pełne słońce – a jakże. Czy pogoda tutaj nigdy się nie zmieni? Nie powiem – ostatnie dwa tygodnie obfitowały w różnego rodzaju ciekawe światło, ale chciałbym mieć też bardziej urozmaicone popołudnia. A nie lampę 100% dzień za dniem.

Wychodzimy dzisiaj na krótki trekking. Szkoda, że tak wyszło z Solanusem. Gdybyśmy wiedzieli, to poszlibyśmy już co najmniej dzień wcześniej. A tak, smażyliśmy się przy lodowcu czekając na wieczór, który nie nastąpił.

Pakowanie zabiera nam chwilę i już schodzimy w dół do brzegów lodowca. Idzie się przyjemnie. Krajobraz jest urozmaicony. Po przejściu rzeki ścieżka jest jednak coraz słabiej widoczna i zaczyna się podejście. Czasami na szagę, czasami po prawie niewidocznej ścieżce. Spotykamy parę starszych Inuitów. Ona z reklamówką, on ze strzelbą i plecakiem idą przed siebie prawie się nie odzywając. Wdzieramy się w głąb fiordu, choć do jego końca jest całkiem daleko. Wreszcie po kilku godzinach marszu postanawiamy rozbić namiot. Nie ma sensu iść dalej z wszystkimi tobołami jeżeli jutro będziemy musieli wracać. Postanawiamy się zatem rozbić i dalej pójść już na lekko. Tylko ze sprzętem.

Niestety znalezienie płaskiego kawałka terenu nie jest wcale łatwym zadaniem. Wreszcie udaj nam się to zrobić, ale w zasadzie namiot wchodzi już na ścieżkę.

Porzucamy następnie namiot i każdy udaje się w swoją stronę powalczyć trochę z kadrem. Nieopodal namiotu jest całkiem pokaźny wodospad. Niezrażony wiatrem wschodzę coraz wyżej. Chcę zobaczyć lodowiec, który teraz przesłaniają wzgórza wysokie na ok. 200 metrów. Wiatr jest bardzo silny – jak się idzie pod wiatr, to nie można oddychać. Robienie zdjęć w tych warunkach nie jest możliwe – statyw się trzęsie na wszystkie strony. Ja zresztą również. Ale są tez bardzo ładne miejsca osłonięte od wiatru – pełno tu jezior i stawów otoczonych pionowymi nieraz ścianami. Bardzo tutaj ładnie.

Docieram w końcu na szczyt, gdzie się melinuję i podziwiam widoki. Po jakimś czasie dociera też Adam. Schodzimy. natrafiamy na bardzo ładny i spokojny zakątek – postanawiam tutaj zostać i popisać trochę relacji. Słońce bez wiatru przyjemnie mnie ogrzewa.

Tracę rachubę czasu. Postanawiam wracać. cały czas próbuję robić zdjęcia, ale światło jest za silne. Wracam coś przekąsić. Adam jest już w namiocie. Robimy jedzenie, gdy słyszymy odgłos stóp. Po chwili wyłania się człowiek. Wraca właśnie do Iulissat z kilkudniowego trekkingu. Skończyło mu się jedzenie i to go zmusiło do powrotu. po chwili już go nie ma. Do dzisiaj żałuję, że go nie poczęstowałem tym co miałem. Wyglądał na wygłodniałego.

Szlak jest tłoczny. Nieco później nasz namiot został prawie staranowany przez grupkę Grenlandczyków.

O zachodzi wychodzimy na pobliskie skały – jesteśmy przy samym brzegu fiordu. Robię trochę fotografii dla naszych sponsorów. To już naprawdę ostatnia chwila. A to wcale nie jest takie łatwe jak się myśli. Niebo jest wściekle granatowe i słońce przebija się przez dziury. Kiedy znika za chmurami kończy się fotografowanie. Wracamy do namiotu i zaczyna padać. Deszcz kołysze mnie do snu.

Dzień trzydziesty trzeci

Dzień trzydziesty pierwszy

Dzień trzydziesty pierwszy

Ilulissat

Dzisiaj znowu dzień leżakowania. Cieszę się na wieczór z winem na Solanusie. Zawsze to miła odmiana i możliwość lepszego poznania ciekawych ludzi. Dzień mija w słońcu. Po południu wpadam do Solanusa – teraz już nie pamiętam po co. No i okazało się, że załodze Solanusa bardziej zależy na spotkaniu z kapitanem pobliskiej duńskiej jednostki niż z nami i chcieliby odwołać nasze spotkanie. Trudno. Nie będę tego komentował. Fajnie by było, gdybym nie przyszedł wcześniej, tylko gdybyśmy z Adamem stawili się na umówioną godzinę. Straciliśmy w zasadzie dwa dni bo mogliśmy wyjść na trek już w środę.

Wieczorem znowu zdjęcia.